Od początku uzyskania niepodległości scena teatralna służy często do demolowania wartości ważnych dla części Polaków. Współcześnie, co chwila mamy nowe interpretacje klasycznych sztuk przez lewackie elity wywodzące się z PRL. Brzydzą się one naszą historią, uczulone są na polską tożsamość, tradycję i wiarę katolicką. Ponieważ podczas zaborów i okupacji to m.in. dzięki wierze i krzewieniu miłości do Ojczyzny oraz poświęceniu dla niej, zachowana została tożsamość narodowa, robią wszystko by wiarę i patriotyzm zniszczyć, bo marzy im się Europa, jako jedno superpaństwo. Dlatego wszelkimi sposobami starają się pokazać, że polski katolicyzm jest płytki, zaściankowy, pełen hipokryzji i niepotrzebny, a patriotyzm i miłość do Ojczyzny, to faszyzm w najczystszej postaci, z którym trzeba walczyć.

Do dziś walka z polskością realizowana jest na wielu frontach. Lewactwo miało wsparcie D. Tuska, szefa PO i przez siedem lat premiera rządu, który uważał, że „polskość to nienormalność”. To za czasów jego rządów przyspieszenia nabrało wyzwalanie nas z polskości i konsekwentne leczenie z tragicznego skrzywienia, jakim jest wiara. Ograniczona została ilość godzin nauczania historii, powoli, ale sukcesywnie eliminowano ze szkół twórczość A. Mickiewicza, J. Słowackiego, S. Wyspiańskiego, H. Sienkiewicza, ponieważ jest ona nośnikiem polskiego kodu kulturowego, wspierane były wszelkie inicjatywy uderzające w dewizę Bóg, Honor, Ojczyzna.

W sztukach klasycznych tak masakrowane są treść i forma, że to, co powstaje jest zwyrodniałe i zdegenerowane. Antysztuka jest promowana. Zalewani jesteśmy najgorszego gatunku popkulturą. Odrzucane jest sacrum a lansowane profanum w najgorszej postaci. Gdyby w sztukach współczesnych autorów wiało tylko pustką intelektualną, jakoś można byłoby to przeboleć, ale trudno zgadzać się, gdy odrzucane są w nich systemy etyczne i estetyczne na rzecz rozmaitych dewiacji i wynaturzeń i podnoszenie ich do rangi sztuki.

Wszystkie te działania mają jeden cel – Polacy mają wstydzić się Polski i polskości, dlatego bez przerwy uderza się w rdzeń naszej tożsamości i istotę polskości tj. świadomość nierozerwalności naszej tożsamości z wiarą katolicką, społeczną solidarność, poczucie więzi pokoleń.

Pod pozorem mitu absolutnej wolności i prawa artysty do poszukiwań, twórcy ze scen, ekranów i mediów niszczą nasz kod kulturowy. Jest on poddawany nieustającej presji i stopniowo ulega dewastacji. Tylko wygranie wyborów przez PiS zapobiegło jego całkowitemu zniszczeniu.

To warszawska Narodowa Galeria Sztuki Zachęta, wystawiła pracę włoskiego rzeźbiarza, Maurizio Cattelana, pt. „Ojciec Święty”. Przedstawia ona postać Jana Pawła II przygniecioną meteorem, jako nieuchronność losu i przypadku, przed którym nie obroni nas ani wiara ani religia.

Głośnym skandalem była instalacja „Pasja”, Doroty Nieznalskiej, która na przełomie 2001 i 2002 r., w jej fragmencie umieściła na krzyżu fotografię męskich genitaliów.

Po niej w 2013 r była sztuka „Do Damaszku” w reżyserii Jana Klaty, w której aktor kopulował ze scenografią, a aktorka wulgarnie imitowała akt seksualny.

Następną była sztuka „Golgota Picnic” (2014 r) argentyńskiego reżysera Rodriga Garcii pokazująca Chrystusa, jako degenerata, egoistę, odpowiedzialnego za całe zło na świecie. Pełna lubieżnych scen, wulgaryzmów pod adresem Chrystusa. Występujący nago aktorzy kpili z Męki Pańskiej, wynaturzali Jego słowa, a całość była ozdobiona pornograficznymi odniesieniami do Pisma Świętego, ośmieszając przesłanie Ewangelii.

Kolejna prowokacja miała miejsce w 2015 r w Teatrze Polskim we Wrocławiu. Wystawiono sztukę „Śmierć i dziewczyna”, w reżyserii Eweliny Marciniak, w której aktorzy porno z Czech mieli na scenie uprawiać seks na żywo. Na skutek protestów do tego nie doszło.

Ostatnio w 2017 r w Teatrze Powszechnym w Warszawie odbyła się premiera spektaklu „Klątwa” chorwackiego reżysera Olivera Frljića, luźno oparta na dramacie Stanisława Wyspiańskiego. Obraża ona uczucia religijne, podżega do zabójstwa, drwi z patriotyzmu, pochwala aborcję. Jest klasycznym przykładem mowy nienawiści.

Przeglądając portal w Polityce.pl trafiłam na streszczenie rozmowy Agnieszki Holland w programie Tomasz Lisa.

Powiedziała, że „nie jest przeciwko bluźnierstwom, ale też nie powie, że je popiera”. Wzięła w obronę skandaliczną i obrazoburczą sztukę „Klątwa” mówiąc: „Są sfery, w których bluźnierstwo ma swoje miejsce i do takiej sfery wolności, takiej przestrzeni, gdzie można prowokować i robić rzeczy, których w życiu absolutnie nie powinniśmy robić i łamać tabu, jest sztuka. Głównie jest po to, by stworzyć tę sferę, mierzyć się z emocjami i sytuacjami, których nie wypada w życiu uzewnętrzniać”.

Tego typu wypowiedzi zawsze budziły i budzą mój sprzeciw. Gdy zobaczyłam w wiadomościach TVP fragmenty „Klątwy”, to, mimo, iż jej nie oglądałam, to, co zobaczyłam wystarczy, by czuć do tego typu sztuk bezgraniczne obrzydzenie.

W życiu codziennym dosyć mamy stykania się z chamstwem, agresją, brutalnością, wrogością, nieszczerością, małością, podłością i znikczemnieniem.

Oglądając spektakl chcę się od tego oderwać. Dla mnie sztuka przez duże „S” zawsze kojarzy się z klasycznym pięknem, harmonią, pokazaniem i przedstawianiem problemów w taki sposób, by po jej obejrzeniu widz zmuszony był do refleksji, a nie do agresji i obrzydzenia. Nie ma tu znaczenia czy to jest teatr, film czy obraz.

Sztuka przez duże „S” powinna nas uwrażliwiać, wyczulać na ludzką krzywdę, wzbogacać wewnętrznie, wznosić na wyższy poziom estetyki, zmuszać do refleksji i samodzielnego myślenia. Natomiast to, co się proponuje widzom w „Klątwie” jest zaprzeczeniem piękna i smaku, jest nakierowane na pranie ich mózgów i wywołanie agresji.

Najsmutniejsze jest to, że wszystkie te przedstawienia realizowane są za państwową kasę i mają jeden cel: podeptać i zniszczyć wszystko to, co łączy i jest prawdziwie polskie.

Dla mnie bluźnierstwo zawsze będzie bluźnierstwem, a nigdy sztuką.