Postprawda, jak teraz zwie się uczenie ordynarne kłamstwo polityczne, jest w Polsce od dawna elementem strategii wyborczej. Pamiętamy, i będziemy pamiętać, jak to „gazeta wyborcza” opierając się na opinii oskarżonego o pedofilię Andrzeja Samsona, ogłosiła, że Stan Tymiński jest chory psychicznie. Po latach okazało się to zwykłą hucpą.

 

Dzisiaj lewica nadal atakuje w podobny sposób. Co prawda ze względu na grożące procesy cywilne posługuje się nowo założonymi portalami, których właścicieli próżno szukać w Internecie, ale sposób działania pozostaje.

 

To fakenewsy.

 

Portal, często cytowany cytowany na facebooku przez członków i zwolenników KOD, o nazwie „warszawa-net” przynosił najprawdziwsze informacje.

 

Przynosił, bo już nie istnieje.

Ale portali, serwujących  fakenews’y w sposób oczywisty związane z aktualną polityką jest mnóstwo.

 

Przykłady można by mnożyć. Walka trwa, szczególnie wymierzona w media publiczne, do niedawna powtarzające informacje po „gazecie wyborczej” i tvn-ie.

 

Akurat ostatni atak wymierzony w tvp i Jacka Kurskiego osobiście pokazuje, że za wszystkim stoją pieniądze.

 

Wielkie pieniądze.

 

Program, przy którym wyrosło nowe pokolenie, „Jaka to melodia”, wg zapowiedzi wszechmedialnych miał zlecieć z anteny.

 

Bo Robert Janowski ze względów pozamerytorycznych nie pasuje Kurskiemu.

 

Tymczasem prawda jest nieco inna. Program „Jaka to melodia” jest objęty licencją. Jego właścicielem jest Ralpf Rubinstein.

 

Do tej pory realizowano program przy udziale pośrednika, co w efekcie zwielokrotniało koszty publicznej telewizji, nabijając kieszeń osobie będącej najwyraźniej u telewizyjnego koryta.

W tej chwili TVP zawarła porozumienie bezpośrednio z Ralphem Rubinsteinem, a Robert Janowski, jeśli zechce, będzie mógł dalej prowadzić program. Dla niego warunki nie ulegną zmianie.

 

Jako podatnicy oszczędzimy jednak kilka milionów złotych.

 

Czyżby w retorsji polskojęzyczny portal Onet podsuwa pomysł na bambuko abonamentowe?

 

 

Najwyraźniej rozżalony na obecny rząd za odcięcie finansowania niemieckich mediów z budżetu RP Lis zapomina, że wszystkie takie umowy mogą przed sądem okazać się nieważne na podstawie art. 58 § 1 Kodeksu cywilnego A to w perspektywie może oznaczać konieczność zapłaty abonamentu wraz z odsetkami i kosztami sądowymi.

 

To nie koniec rrewellacjii Lisiego portalu  21 czerwca 2017 roku.

 

Nowa twarz „totalitarnej opozycji” przedsiębiorca Frasyniuk w rozmowie z Jarosławem Kuźniarem fałszuje najnowszą historię Polski wyjątkowo prostacko.

 

Otóż jego zdaniem „obywatele” zaczęli przeszkadzać w miesięcznicach smoleńskich dopiero wtedy, gdy została uchwalona nowelizacja ustawy o zgromadzeniach. Tymczasem wyszli o wiele wcześniej, próbując w ten sposób wymusić przerwanie ekshumacji.

Kto nie wierzy, może zobaczyć i usłyszeć tutaj (minuty 20:23 do 25:00).

 

https://vod.pl/programy-onetu/onet-rano-frasyniuk-online/1p893wb

 

 

Paweł Kasprzak, słynny jako Tryzub demokracji, zdaniem przedsiębiorcy Frasyniuka walczy o te same ideały, co Solidarność w 1980 roku!

Czyżby o słynny postulat nr 14, o którym dawni działacze Solidarności zapomnieli?

 

„Obniżyć wiek emerytalny dla kobiet do 50 lat, a dla mężczyzn do lat 55 lub [zaliczyć] przepracowanie w PRL 30 lat dla kobiet i 35 lat dla mężczyzn bez względu na wiek.”

 

Przedsiębiorco Frasyniuk, pamięta go pan jeszcze?

 

Tymczasem protesty pod kierownictwem Kasprzaka miały spowodować zaprzestanie ekshumacji ciał ofiar smoleńskich tak, by prawda o kłamstwie Ewy Kopacz i bezczeszczeniu zwłok spoczęła na zawsze w zalutowanych trumnach. Co więcej, prawda o rzeczywistym stanie ciał wskazuje, że z taką samą nonszalancją (by nie rzec pogardą) i bylejakością mogły być poczynione inne ustalenia, w tym te dotyczące rzekomych powodów katastrofy.

 

To właśnie z tego powodu Kasprzak i jego drużyna postrzegana jest coraz powszechniej jako grupa „pożytecznych idiotów” rosyjskich spec-służb.

 

 

Podobne materiały pokazywane są 24/7 od czasu, gdy stało się jasne, że Komorowski jednak przejechał ma pasach zakonnicę w ciąży, a PiS jako pierwsza po 1989 roku partia może sformułować samodzielnie rząd.

 

Recepta na wszechobecny w sieci lewicowy hejt oraz „postprawdziwe” informacje, mające na celu tylko i wyłącznie obrócić Naród przeciwko partii rządzącej jest prosta.

 

Otóż podobne zjawisko, tyle że w biznesie, jest ścigane przez prawo.

 

Zgodnie z art. 14 ustawy z dnia 16 kwietnia 1993 r. o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji (tekst jednolity: Dz. U. z 2003 r. Nr 153, poz. 1503, z późn. zm), rozpowszechnianie nieprawdziwych lub wprowadzających w błąd wiadomości o swoim lub innym przedsiębiorcy albo przedsiębiorstwie, w celu przysporzenia korzyści lub wyrządzenia szkody stanowi czyn nieuczciwej konkurencji. Wiadomości takie mogą dotyczyć w szczególności osób kierujących przedsiębiorstwem, wytwarzanych towarów lub świadczonych usług, stosowanych cen bądź sytuacji gospodarczej lub prawnej. Rozpowszechnianiem nieprawdziwych lub wprowadzających w błąd wiadomości jest również posługiwanie się nieprzysługującymi lub nieścisłymi tytułami, stopniami albo innymi informacjami o kwalifikacjach pracowników, nieprawdziwymi atestami, nierzetelnymi wynikami badań, nierzetelnymi informacjami o wyróżnieniach lub oznaczeniach produktów lub usług.

 

Gdyby takimi kryteriami obciążyć polityków rychło okazałoby się, że ministrem finansów w rządzie Tuska nie był „profesor” Vincent Rostowski, ale licencjusz Rostowski.

Tak samo nie byłoby mowy o „profesorze” Bartoszewskim. Co najwyżej o abituriencie, czyli osobie mającej zdaną maturę.

 

Tak samo zresztą jest w przypadku „profesora” Jerzego Stępnia (ongiś prezes Trybunału Konstytucyjnego), który jest jedynie magistrem.

 

 

Tymczasem ścigamy nierzetelność w biznesie (jak najbardziej słusznie!!!!) i jednocześnie przyzwalamy na nierzetelność w polityce.

 

A przecież zasięg rażenia fejkowego polityka jest o wiele większy, niż nawet duża firma.

 

Tak samo wyrządzone straty przewyższają te, które ponieść może nawet spora korporacja.

 

 

Pora na zmiany.

 

„Postprawda”, czyli ordynarne kłamstwo polityczne, nie może być bezkarne.

 

Lewa strona sceny politycznej musi w końcu zrozumieć, że w walce należy posługiwać się argumentami mającymi oparcie w stanie faktycznym.

 

To, że od 1917 roku nigdy tak nie czyniła nie jest żadnym wytłumaczeniem.

 

Bo przyszłością Państwa nie może rządzić plotka.

 

Nawet wtedy, gdy jest powtarzana 1000 razy.

 

 

A poza tym uważam, że złodzieje powinni siedzieć.

 

 

21.06 2017