Tegoroczne spotkanie w Davos było pierwszym interesującym tego rodzaju zdarzeniem od lat, a może nawet najbardziej interesującym w historii wszystkich spotkań WEF. Można powiedzieć, że akcja przebiegała niczym w dreszczowcu Hitchcocka: w pierwszej scenie nastąpiło trzęsienie ziemi, a później napięcie już tylko rosło.
Nie przyłączę się do chóru wołających, że skończył się stary porządek, albo zaczął nowy, ponieważ jest to w istocie bzdura. Świat się nie zmienił. Zmieniło się natomiast nasze postrzeganie otaczającej nas rzeczywistości, a przynajmniej części z nas. W efekcie można się spodziewać zmian w sposobie i kierunku działań wielu rządów i instytucji.
Cóż takiego się wydarzyło?
Przede wszystkim zerwano z jednogłośnością. Dotychczasowe kongresy przebiegały pod znakiem słodkich słów, miłych gestów i pełnej zgody, co jak się okazuje, było grą pozorów, malującą tak przed publiką jak i uczestnikami fałszywy obraz świata. Konsensus i autocenzura, nieprawidłowo utożsamiane ze zgodą, utrudniały diagnozę problemów, skutecznie przeciwdziałając jakimkolwiek próbom ich rozwiązania. Masowa, wieloletnia racjonalizacja tak naprawdę je wręcz pogłębiła.
Szczere zarysowanie różnic w interesach, różnic zdań oraz ocen pozwala przejść do meritum.
Główna oś sporu, przewijająca się w wypowiedziach różnych prelegentów, dotyczyła palącej kwestii- co zrobiliśmy nie tak? Co szczególnie istotne, nawet osoby broniące dotychczasowych rozwiązań, występowały defensywnie, samym tonem wypowiedzi przyznając niewprost, że nie są w pełni zadowolone z osiągniętych rezultatów wdrażanej przez wiele lat agendy. Żeby właściwie odczytać różnice w stanowiskach, należy rozptrywać je w kontekście całości, nie skupiając wyłącznie na literalnie zarysowanych hasłach, ale rozpoznając także stojącą za praktycznymi wyborami ukrytą mechanikę.
Na tym tle szczególnie wyróżniają się dwa głosy, podsumowujące tezy głównych, przeciwstawnych wizji rozwoju. Można je nazwać umownie sporem pomiędzy globalizmem a autarkizmem, ale to pewne uproszczenie, ponieważ obejmuje szereg innych dychotomii: eksplorację vs eksploatację, wolność lub kontrolę, rozwój lub stabilizację.
Pierwszy, bardzo mocną i czytelną krytykę stanu zastanego wyraził Sekretarz handlu USA Howard Lutnick, stwierdzając, że globalizm jako strategia rozwojowa nie spełnił pokładanych w nim oczekiwań: „Globalizacja zawiodła Zachód i Stany Zjednoczone Ameryki. To polityka, która poniosła porażkę. To jest to, za czym opowiadało się WEF – eksportować, przenosić produkcję za granicę i daleko za granicę, znaleźć najtańszą siłę roboczą na świecie i twierdzić, że dzięki temu świat jest lepszym miejscem. Faktem jest jednak, że Ameryka została w tyle. „. Trudno się z tą wypowiedzią nie zgodzić, przynajmniej w warstwie ocen, ponieważ są to stwierdzenia o charakterze empirycznym. A z faktami nie warto dyskutować.
Jego stanowisko kontrował premier Kanady, Mike Carney. Wskazał on na liczne korzyści płynące z globalistycznej polityki, czym wywołał głośne zachwyty liberalnej i globalistycznej prasy na całym świecie. Niemniej jego analiza nie była pełna – dość pobieżnie odniosła do niepowodzeń, obarczając odpowiedzialnością za nią imperializm, a nie inherentne cechy samego systemu. To wygodna, ale jednostronna retoryka, która pozwala sobie znaleźć wygodne kozły ofiarne, np. w osobie Trumpa, zupełnie ignorując fakt, że nieszczęścia i kryzysy jakie dotknęły Zachód, nastąpiły przed jego nadejściem, a przyczynami sięgają czasów jeszcze wcześniejszych. Moim zdaniem, dopatrywanie się porażek systemu jako skutków upadku wartości w polityce mocarstw, tranzakcjonalizmu, czy dążęnia do potęgi, jest nie tylko anachroniczne i chybione, ale – co najgorsze – prowadzi wprost do dalszej racjonalizacji strategii realizowanej doi kilkudziesięciu lat i kontynuowania tych samych błędów.
Przedstawił jednak jeden bardzo ważny argument na rzecz globalizmu, który warto rozważyć.
Wolny rynek i globalny handel buduje sieć powiązań i współzależności, które stanowią zachętę żeby spory rozwiązywać na drodze negocjacji, a nie konfrontacji. To z kolei powoduje, że świat, jako całość staje się mniej podatny na wstrząsy i bezpieczniejszy, w miarę jak maleje się ryzyko mało prawdopodobnych zdarzeń o katastrofalnych konsekwencjach. Natomiast świat, w którym każdy liczy na własne siły, staje się areną konkurencji i konfrontacji, które mogą się skończyć wzajemną zagładą.
Powrót do retoryki rodem z XIX-wieku oznacza też powrót XIX-wiecznych ryzyk – z epoki, po której światem wstrząsnęły 2 niszczące wojny światowe.
Sęk w tym, że idea globalizmu opiera się na szeregu niemal religijnych założeń. Począwszy przez wiarę w racjonalne zachowanie człowieka jako idealnego „homo economicusa”, przez przekonanie o równości kultur, symetrii interesów, pełnej wymienialności dóbr, aż po życzeniowe założenie, że wszyscy uczestnicy będą honorować reguły gry.
Wszystkie wyżej wymienione rozmijają się empirycznym doświadczeniem. Homo economicus, jest teoretycznym konstuktem nie oddającym prawidzwej głębi ludzich zachowań, kultury ze sobą ewolucyjnie konkuryją i nie są równo wartościowe, a państwa takie jak Chiny czy Rosja, udając uczestnictwo w grze według zasad, od dawna wykorzystują te zasady na swoją partykularną korzyść, co zresztą w świetle teorii gier jest zupełnie niemal oczywiste.
Dramatyczna rozbieżność między faktami a założeniami nakazuje przemyśleć ślepą wiarę pokładaną w zapewnieniach ekspertów i świata nauki, o prawidłowości przyjętych przez nich modeli i pewność zastąpić powątpiewaniem.
W tym kontekście, z ostrożności należy zakładać, że żadne z proponowanych rozwiązań nie jest rozwiązaniem idealnym. Na krótką metę zerwanie z dotychczasową agendą wydaje się koniecznością, żeby zatrzymać jej destruktywne skutki, ale w dalszej perspektywie przypuszczalnie lepiej sprawdzi się synteza, osiągnięta metodą kolejnych przybliżeń.
Dobre zwieńczenie stanowi bezideowa ale też pozbawiona iluzji mowa kanclerza Merza. Zdystansował się , a przynajmniej nie poparł wprost francuskich pomysłów zbliżenia z Chinami, sygnalizując lekką rozbieżność wizji strategicznej. Jego przemówienie charakteryzował chłodny pragmatyzm, prawdopodobnie wynikający z tego że Niemcy są jednym z bardziej poturbowanych przez globalizm krajów: tak pod względem bezpieczeństwa, jakości życia, cen energii, jak i możliwości kontynuacji dalszego rozwoju jako przemysłowego mocarstwa. Warto wyciągnąć z niego wnioski, odrzuciwszy różowe filtry jakie serwuje polska prasa, wzmożona emocjonalnie i zaangażowana ideologicznie w spór, którego istoty nie tylko nie potrafi zrelacjonować, ale najwyraźniej w ogóle nie rozumie.
Europa potrzebuje odrzucić etatyzm i biurokrację, które utrzymując pozór stabilności, stają się duszącym gorsetem, uniemożliwiającym rozwój. Musi odrzucić fałszywe poczucie bezpieczeństwa, a pogodzić się z występowaniem ryzyka. Musi zapewnić autentyczną konkurencyjność na swoim rynku, stawiając na nowych ludzi i nowe idee. Dotyczy to tak gospodarki, jak i polityki. Świat bez rotacji elit, to świat skostniały. Jeśli w przetargach dzięki z góry wynegocjowanym normom, wiecznie wygrywają te same firmy, znika dla nich potrzeba doskonalenia, i słabną wobec globalnej konkurencji – co obserwujemy. Zamiast stawiać na teoretyczne aproksymacje – musimy wrócić do empirii, wybierania osób zdolnych do działania na podstawie żywego doświadczenia ich działalności, a nie posiadanych certyfikatów. To wymaga także przbudowania sceny politycznej i fundamentów ustrojowych.
Czas pokaże czy pojawiające się zrozumienie dla konieczności reform i ich egzystencjalne uwarunkowania okażą się wystarczającym bodźcem do działania, gdy trzeba będzie zapłacić osobistą cenę.
Zostaw komentarz