Jaki problem z Banderą, historią Ukraińskiej Powstańczej Armii i decyzją Zełeńskiego o nazwaniu jednostki wojskowej mianem UPA, mają Polacy?

Postanowiłem opowiedzieć tę historię dosyć szeroko i mam nadzieję, że automatyczne tłumaczenie tekstu pozwoli przeczytać go nie tylko Polakom ale również Ukraińcom, jak i być może użytkownikom innych języków. Zapraszam na dłuższy wątek🧵

ZANIM DOSZŁO DO LUDOBÓJSTWA – lata 1918-1939

W 1918 roku, po 123 latach obcej okupacji, odrodziło się państwo polskie. Polacy zamieszkiwali wówczas, w zwartych lub rozproszonych grupach, na ogromnym obszarze Europy Wschodniej, obejmującym sporą część terytoriów dzisiejszej Ukrainy, Białorusi oraz Litwy, a nawet Łotwy. Po dziś dzień (2026) państwa te zamieszkują mniej lub bardziej liczne grupy Polaków, którzy żyją tam od setek lat. W latach 1918-1939 odrodzone państwo polskie zamieszkiwały liczne mniejszości narodowe. Wsród nich było około 10% Żydów i aż 14% Ukraińców. Polacy stanowili około 70% mieszkańców własnego państwa.

Ukraiński nacjonalizm lat 1918-1939 wyrósł z klęski prób stworzenia własnego państwa po I wojnie światowej i wojny polsko-ukraińskiej o Małopolskę Wschodnią. Dla wielu ukraińskich działaczy porażka z lat 1918-1921 stała się dowodem, że zawiodły umiarkowanie, kompromis i parlamentarna polityka. W Galicji, na Wołyniu i innych regionach II RP zaczęło narastać przekonanie, że tylko zdyscyplinowany, elitarny i gotowy do przemocy ruch zdoła doprowadzić do niepodległości. Z tego klimatu wyrosły najpierw Ukraińska Organizacja Wojskowa, a potem, od 1929 roku, Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów.

Kluczowy wpływ na doktrynę polityczną wywarła doktryna Dmytra Doncowa, zwykle opisywana jako integralny nacjonalizm. Doncow odrzucał demokratyczny pluralizm i humanitaryzm, a w ich miejsce stawiał wolę, fanatyzm, ekspansję i przemoc polityczną. Szczególnie jaskrawe są sformułowania z jego pracy: „każda nowa idea jest nietolerancyjna”, wielka idea narodowa ma być „nieprzejednana, bezkompromisowa, fanatyczna i ‘amoralna’”, a naród lub wielka idea „musi przypisać ogromną rolę w życiu narodów przemocy”.

Polsko-ukraiński konflikt na Kresach w latach 1918-1939 miał charakter zarazem narodowy, społeczny i państwowy. Zaczął się jako otwarta wojna o terytorium i władzę, zwłaszcza o Galicję Wschodnią i Lwów, a po ustaleniu granic przeszedł w długotrwały konflikt między państwem polskim a znaczną częścią ukraińskiej społeczności. Dla Polaków chodziło o utrzymanie integralności państwa i kontroli nad spornymi ziemiami; dla wielu Ukraińców było to doświadczenie przegranej państwowości, marginalizacji politycznej i presji asymilacyjnej. Napięcia wzmacniały spory o szkolnictwo, język, cerkiew, ziemię, administrację i reprezentację polityczną.

Państwo polskie prowadziło wobec Ukraińców politykę czasami niespójną, chwilami twardą i represyjną, czego symbolem stała się pacyfikacja Małopolski Wschodniej w 1930 roku. Z drugiej strony radykalny, ukraiński nurt nacjonalistyczny odrzucał drogę legalną i świadomie eskalował przemoc. Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów traktowała terror jako narzędzie wychowania narodu i destabilizacji państwa: chciała uderzać nie tylko w polskich urzędników, lecz także w Ukraińców skłonnych do kompromisu, by zniszczyć umiarkowane przywództwo i spolaryzować społeczeństwo.

Tę logikę dobrze oddaje „Dekalog ukraińskiego nacjonalisty”, autorstwa Stepana Łenkawskiego, ogłoszony w 1929 roku; jego kanoniczne brzmienie znamy też z późniejszej broszury Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów. Najbardziej jaskrawe punkty to: „Zdobędziesz państwo ukraińskie albo zginiesz w walce o nie”, „Nienawiścią i bezwzględną walką będziesz przyjmować wrogów twego narodu” oraz „Nie zawahasz się wykonać najniebezpieczniejszego czynu, kiedy tego wymaga dobro sprawy”.

Ważnym tłem tego konfliktu były stosunki narodowościowe na ziemiach południowo-wschodnich II Rzeczpospolitej Polskiej. W województwie wołyńskim ludność ukraińska i ruska stanowiła około 68,4%, polska 16,6%, a żydowska według kryterium językowego około 9,9%. W województwie stanisławowskim było to odpowiednio 68,8%, 22,4% i 7,4%. W województwie tarnopolskim proporcje były bardziej wyrównane: około 49,3% ludności posługiwało się językiem polskim, 45,5% ukraińskim lub ruskim, a 4,9% jidysz lub hebrajskim. W województwie lwowskim jako całości przeważała ludność polskojęzyczna, około 57,7%, wobec 34,1% ukraińsko- i ruskojęzycznej oraz 7,5% jidysz i hebrajskiego (spis 1931).

Równie istotny jest podział między miastem a wsią. Na wsi, zwłaszcza w Galicji Wschodniej i na Wołyniu, silna była przewaga ludności ukraińskiej, natomiast najważniejsze miasta miały charakter mieszany, najczęściej polsko-żydowski z istotną, lecz mniejszą obecnością ukraińską. Lwów był miastem przede wszystkim polsko-żydowskim: w 1931 roku 63,48% mieszkańców podało język polski jako ojczysty, 24,12% jidysz lub hebrajski, a około 11% ukraiński lub ruski. W Stanisławowie (dzisiaj Iwano-Frankiwsk) według danych spisowych około 41,4% mieszkańców stanowili Żydzi, 37,2% Polacy i 18,6% Ukraińcy. W Tarnopolu ludność żydowska stanowiła 39,3% mieszkańców, podobnej wielkości społeczność tworzyli Polacy a mniej niż 20% – Ukraińcy i Rusini. Na Wołyniu także widoczna była różnica między prowincją a miastami: Łuck miał około 48,5% ludności żydowskiej, choć całe województwo było wyraźnie zdominowane przez ludność ukraińską z występującymi, często wyspowo, polskimi wsiami i dworami.

Oczywiście, strona ukraińska będzie przytaczała w tym kontekście, w odpowiedzi, historyczny rachunek krzywd. Polsko-ukraińskie walki o Lwów w latach 1918-19, niektóre przejawy przymusowej polonizacji czy ograniczania ukraińskich aspiracji narodowych. Konflikt był oczywisty i nierozwiązywalny. Miliony Polaków oraz Ukraińców zamieszkiwały wspólnie olbrzymi obszar południowo-wschodniej Polski. Z drugiej strony warto podkreślić, że Ukraińcy zamieszkujący Polskę mieli i tak dużo więcej „szczęścia” niż ci, którzy pozostali po drugiej stronie granicy, w Związku Sowieckim. Ukraina sowiecka została bowiem poddana nie tylko komunizmowi, kolektywizacji i masowej eksterminacji elit, w tym cerkwi. Ukraina sowiecka została poddana olbrzymiemu planowemu ludobójstwu, hołodomorowi, który pochłonął miliony ofiar.

Ukraińcy w Polsce w latach 1918-1939 nie mieli lekko i nikt rozsądny nie będzie temu przeczył. Niemniej, państwo polskie nigdy nie prowadziło ich zaplanowanej eksterminacji. Państwo polskie umożliwiało też, mimo ograniczeń, funkcjonowanie wielu ukraińskich szkół, organizacji, instytucji. Mimo to, już na wiele lat przed wybuchem II wojny światowej, Polska musiała zmierzyć się z zaplanowaną i systematycznie organizowaną, ukraińską działalnością terrorystyczną.

W II Rzeczypospolitej Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów prowadziła działalność terrorystyczną i sabotażową. Jej członkowie organizowali podpalenia, napady na banki, poczty i ambulanse pocztowe, a także zamachy na przedstawicieli państwa polskiego oraz na Ukraińców uznanych za zdrajców lub ugodowców. Do najbardziej znanych należały zabójstwa Tadeusza Hołówki w 1931 roku, Iwana Babija i ministra Bronisława Pierackiego w 1934 roku; planowano też zamach na wojewodę Henryka Józewskiego. Celem tych akcji było jednocześnie osłabienie Polski, radykalizacja własnego społeczeństwa i pokazanie, że legalna polityka ukraińska jest bezsilna.

Warto to podkreślić – poseł Tadeusz Hołówko był jednym z najważniejszych polskich rzeczników porozumienia polsko-ukraińskiego i właśnie dlatego stał się dla Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów celem szczególnie niewygodnym. Został zamordowany 29 sierpnia 1931 roku w Truskawcu. Minister Bronisław Pieracki, zamordowany 15 czerwca 1934 roku, również nie był wyłącznie symbolem represji; zamach na ministra miał także storpedować możliwość porozumienia z umiarkowaną częścią społeczeństwa ukraińskiego. Z kolei po stronie ukraińskiej wyjątkowo wymowne było zabójstwo Iwana Babija, dyrektora ukraińskiego gimnazjum we Lwowie, krytyka skrajnego nacjonalizmu i człowieka związanego z legalną, umiarkowaną działalnością społeczną. Został zamordowany w 1934 roku. To pokazuje bardzo jasno, że terror Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów był wymierzony nie tylko w Polaków, ale także w samych Ukraińców, jeśli tylko uznano ich za przeszkodę dla rewolucyjnej linii ruchu.

W tym samym kontekście trzeba wspomnieć o procesie Stepana Bandery. Jako przywódca krajowych struktur Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów należał on do głównych organizatorów akcji terrorystycznych. W procesie dotyczącym zabójstwa Bronisława Pierackiego, toczącym się w Warszawie od 18 listopada 1935 roku do 13 stycznia 1936 roku, Bandera został skazany na karę śmierci, zamienioną następnie na dożywotnie więzienie. Sam proces miał duże znaczenie polityczne, bo ujawnił skalę konspiracji, jej strukturę i rolę Bandery w kierowaniu terrorem.

Do 1939 roku ukraiński nacjonalizm w jego radykalnej, ounowskiej postaci był już więc nie tylko ideą niepodległościową, ale także rewolucyjną doktryną politycznej przemocy. Łączył pogardę dla kompromisu, etos fanatycznego poświęcenia i akceptację terroru jako narzędzia dziejowego działania. To właśnie ten splot idei Doncowa, dekalogu Łenkawskiego i praktyki Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów ukształtował najbardziej skrajną postać ukraińskiego nacjonalizmu u schyłku II Rzeczypospolitej.

<Mychajło Kołodziński pisał np. w ukończonej w 1938 r. „Wojennej doktrynie ukraińskich nacjonalistów”, że podczas powstania nacjonalistycznego nadarzy się okazja, aby „wymieść do ostatniej nogi element polski na ziemiach zachodnioukraińskich”.

Polacy stawiający opór mieli zostać zniszczeni w walce, a pozostali sterroryzowani i wypędzeni za Wisłę. Kołodziński na tym nie poprzestawał. Oprócz fizycznej eliminacji wrogiej ludności, apelował o niszczenie śladów wrogiego panowania, które ucieleśniał obraz „polskiego dworu”>

LUDOBÓJSTWO

We wrześniu 1939 państwo polskie upadło pod ciosami dwóch, totalitarnych potęg – nazistowskich Niemiec z zachodu i sowieckiej Rosji od wschodu. Oprócz dwóch, wielkich totalitaryzmów, które w czasie II wojny światowej doprowadziły do masowej eksterminacji milionów Polaków i ogromnych zniszczeń, naród polski doświadczył też mniejszych, choć nie mniej okrutnych, prześladowań.

W okresie II wojny światowej miał miejsce ukraiński terror wymierzony w Polaków, który trwał od września 1939 roku do 1947. Terror miał charakter narastający, a od 1943 roku przybrał postać zaplanowanej, masowej i metodycznej eksterminacji ludności cywilnej. Jego kulminacją była „antypolska akcja” OUN i UPA na Wołyniu oraz w Galicji Wschodniej. Ciąg przemocy zaczął się jeszcze wcześniej i trwał także po przejściu frontu wojennego w 1945, już na obszarze dzisiejszej południowo-wschodniej Polski. W latach 1943-1947 wskutek ukraińskiego terroru zginęło co najmniej 100 tys. Polaków, w innych ujęciach pojawia się nawet liczba do 130 tys. ofiar z lat 1942-1947. Warto przy tym dodać, że oprócz Polaków ofiarami ukraińskich szowinistów padło również wiele tysięcy Ormian, Żydów a nawet Czechów, jak również wiele tysięcy Ukraińców, którzy odmówili udziału w rzeziach.

Już w 1939 roku, w warunkach rozpadu państwa polskiego, niemieckiej agresji i późniejszej inwazji ZSRR, pojawiły się pierwsze antypolskie wystąpienia, napady, samosądy i akty dywersji. Ten etap nie miał jeszcze skali późniejszej rzezi wołyńskiej, ale stanowił jej polityczny i organizacyjny wstęp: OUN już wtedy działała konspiracyjnie, wykorzystywała chaos wojenny i budowała kadry do dalszej walki.

Przełom nastąpił na przełomie 1942 i 1943 roku. W lutym 1943 roku III Konferencja OUN Bandery potwierdziła kurs na przygotowanie „rewolucji narodowej” a propaganda organizacji coraz otwarciej wskazywała Polaków jako element przeznaczony do usunięcia. Dodatkowo w marcu i kwietniu 1943 roku z niemieckiej służby zdezerterowało około 5 tys. ukraińskich policjantów pomocniczych. Wielu z nich zasiliło UPA, często obejmując funkcje dowódcze. To dało organizacji aparat wykonawczy zdolny do przeprowadzenia operacji o skali masowej.

Właściwy początek ludobójczej fazy terroru historycy wiążą z napadem na Paroślę 9 lutego 1943 roku. Sotnia Hryhorija Perehijniaka zamordowała tam co najmniej 155 Polaków; ofiary wiązano pod pozorem „rewizji”, a następnie zabijano. Był to sygnał, że chodzi już nie o zastraszenie czy wybiórcze egzekucje, lecz o fizyczne niszczenie całych społeczności. Wiosną 1943 roku ataki objęły kolejne powiaty Wołynia, a latem przeszły w skoordynowaną falę eksterminacji.

Za decyzjami wykonawczymi stało kierownictwo polityczne i wojskowe OUN-B oraz UPA. Szczególną rolę odegrał Dmytro Kłaczkiwski „Kłym Sawur”, dowódca UPA-Północ. Z ustaleń IPN wynika, że w czerwcu 1943 roku wydawał ustne rozkazy dowódcom terenowym; zachowały się świadectwa, że nakazano mordowanie wszystkich Polaków w określonych rejonach. Przebieg wydarzeń, propaganda przygotowawcza, jednoczesność uderzeń i zeznania uczestników świadczą o akcji planowej i systematycznej. Co więcej, w sierpniu 1943 roku część działaczy OUN-B uznała fizyczną likwidację całych polskich skupisk za polityczny błąd, ale większość kierownictwa, w tym Roman Szuchewycz, opowiedziała się po stronie Kłaczkiwskiego. Zdecydowano o przeniesieniu tej metody do innych regionów w Galicji Wschodniej.

Kulminacją była tzw. krwawa niedziela 11 lipca 1943 roku. Tego dnia oddziały UPA, wsparte przez zmobilizowanych chłopów ukraińskich, uderzyły równocześnie na 99 polskich miejscowości, głównie w powiatach kowelskim, horochowskim i włodzimierskim. W ciągu 11 i 12 lipca mordów dokonano łącznie w około 150 miejscowościach. Zabijano ludzi także podczas mszy i nabożeństw, między innymi w Kisielinie i Porycku. Taka synchronizacja ataków, ich rozległość przestrzenna i jednolity schemat działania są jednym z najmocniejszych dowodów planowego charakteru zbrodni.

Szczególnie istotny jest także opis metod eksterminacji, bo to one unaoczniają, że celem było nie tylko zabicie, lecz również sterroryzowanie, upokorzenie i wyniszczenie całej społeczności. Ofiary mordowano nie tylko z broni palnej, lecz bardzo często siekierami, widłami, nożami, młotami, piłami, bagnetami i innymi narzędziami gospodarskimi. Zabójstw dokonywano w domach, na drogach, w stodołach i świątyniach; całe wsie otaczano nocą lub o świcie, podpalano zabudowania, a uciekających dobijano. Tysiące źródeł i relacji mówi także o niebywałym okrucieństwie z jakim mordowano, o torturach, celowym zadawaniu długotrwałych cierpień, okaleczaniu ciał, mordowaniu dzieci na oczach rodziców, zabijaniu niemowląt, a także o mordowaniu kobiet ciężarnych i starców.

Ofiar nie oszczędzano ze względu na wiek ani płeć: wśród zabitych dominowali cywile, bardzo często wielodzietne rodziny, kobiety, dzieci i osoby starsze. Często najpierw gromadzono ludzi pod pozorem zebrania, rewizji lub przesiedlenia, a następnie mordowano ich w grupach. Ludność polska ginęła niejednokrotnie podczas nabożeństw, a szczególne okrucieństwo tych zbrodni miało wytworzyć atmosferę skrajnego strachu i zmusić ocalałych do ucieczki. Metody te były więc zarazem narzędziem fizycznej zagłady i terroru psychologicznego.

Skala wołyńskiej hekatomby była ogromna. Tylko na Wołyniu zamordowano co najmniej 33 tys. Polaków, a najbardziej prawdopodobna liczba wynosi 50-60 tys. Do największych masakr należały Janowa Dolina, gdzie zginęło około 600 osób, oraz Ostrówki i Wola Ostrowiecka. W tych dwóch wsiach 30 sierpnia 1943 roku zamordowano około 1050 osób, głównie kobiety i dzieci; w Ostrówkach zginęło co najmniej 474 mieszkańców, czyli około 70% ludności wsi.

Od końca 1943 i zwłaszcza od wiosny 1944 roku ta sama metoda została rozszerzona na Galicję Wschodnią. Zaczęły się tam akcje wypędzania Polaków, palenia wsi i mordowania mieszkańców. Przykładami są Podkamień, gdzie zginęło 100-150 osób, Berezowica Mała z około 130 ofiarami, Lipniki z około 180 ofiarami, a także Huta Pieniacka, gdzie 28 lutego 1944 roku oddziały ukraińskich formacji policyjnych SS, wspierane przez UPA i miejscowych chłopów zamordowały około 1000 Polaków. W Chodaczkowie Wielkim zginęły 832 osoby. W samej Galicji Wschodniej zamordowano 30-40 tys. Polaków.

To, co odróżnia tę zbrodnię od zwykłych akcji partyzanckich czy brutalnych pacyfikacji, to jej zaplanowany, masowy i metodyczny charakter. Celem nie było tylko złamanie polskiego oporu, lecz trwałe usunięcie Polaków z terenów uznawanych przez OUN-B za ukraińskie. Ofiarami byli przede wszystkim cywile: chłopi, kobiety, dzieci, starcy, duchowni. Mordowano całe rodziny i całe wsie, a zabudowania palono, aby uniemożliwić powrót ocalałych.

Po wejściu Armii Czerwonej terror nie ustał, lecz przesunął się częściowo na tereny dzisiejszej południowo-wschodniej Polski. UPA nadal atakowała polską ludność cywilną, osady, transport i placówki bezpieczeństwa. Dobrym przykładem jest Baligród: 6 sierpnia 1944 roku banderowcy otoczyli miasteczko i rozpoczęli mordowanie mieszkańców. Latem 1944 roku w Mucznem zamordowano 74 polskich uciekinierów. W czerwcu 1944 roku UPA napadła też na pociąg pod Zatylem. Na przełomie 1945 i 1946 roku trzykrotnie atakowano Birczę, która stała się symbolem polskiej obrony przed UPA.

W latach 1945-1947 UPA działała już równocześnie jako formacja antypolska i antypaństwowa. Atakowała ludność cywilną, ale też wojsko, milicję i infrastrukturę. W atakach na Wojsko Polskie i posterunki Milicji Obywatelskiej zginęło 1041 żołnierzy i 467 milicjantów. Te liczby pokazują, że po kulminacji ludobójstwa na Wołyniu i w Galicji Wschodniej terror nie skończył się, lecz przyjął częściowo formę długotrwałej wojny wyniszczającej na terenach przygranicznych. Baza lokalizacji, w których dokonywano ludobójstwa, obejmuje dzisiaj 2868 miejsc – domów, dworów, małych kolonii, wsi, osiedli, miasteczek i nie uważa się jej za skończoną…

Akcja „Wisła” w 1947 roku była odpowiedzią komunistycznego państwa polskiego na utrzymującą się działalność UPA, choć sama miała charakter represji zbiorowej wobec ludności ukraińskiej i łemkowskiej. Dla historii ukraińskiego terroru wobec Polaków jest istotna jako cezura końcowa: rozbiła zaplecze kadrowe i żywnościowe UPA na terytorium Polski, przerywając ciąg ataków, podpaleń i mordów.

Nie zmienia to jednak faktu, że od września 1939 do 1947 roku mieliśmy do czynienia nie z serią przypadkowych ekscesów, lecz z ideologicznie uzasadnioną i organizacyjnie kierowaną kampanią przemocy, która od 1943 roku przyjęła postać ludobójstwa. Najmocniej świadczą o tym: dobór ofiar, jednoczesność uderzeń, skala terytorialna, eliminacja całych wspólnot, udział struktur OUN-B i UPA oraz akceptacja tych działań przez zasadniczą część kierownictwa politycznego i wojskowego ruchu.

POLSKI ODWET

Żeby zachować uczciwość trzeba opisać także polskie akcje odwetowe i ogólnie skalę polskiej przemocy wobec ludności ukraińskiej w omawianym okresie. Badania historyczne nie pozostawiają wątpliwości, że takie akcje miały miejsce, niekiedy przybierały formę pacyfikacji wsi i prowadziły do śmierci cywilów, w tym kobiet i dzieci. Równocześnie badacze bardzo wyraźnie zaznaczają różnicę skali i charakteru: po stronie OUN-UPA mieliśmy do czynienia z centralnie inspirowaną i masową akcją eksterminacyjną wymierzoną w całą polską zbiorowość na spornym terytorium. Po stronie polskiej dominowały działania obronne, samoobrona i akcje odwetowe, które bywały zbrodnicze, ale nigdy nie przybrały formy analogicznego, całościowego planu zagłady Ukraińców. Nigdy też nie było takich planów na poziomie politycznym.

Najważniejszym tłem polskich akcji odwetowych była fala ludobójczej przemocy z 1943 roku na Wołyniu i następnie w Galicji Wschodniej. To właśnie ona doprowadziła do tworzenia polskich samoobron i do włączenia się oddziałów Armii Krajowej do ochrony ocalałej ludności. Na Wołyniu powstało maksymalnie około 15 ośrodków samoobron, obejmujących łącznie około 95 placówek; od sierpnia 1943 roku wspierały je oddziały partyzanckie AK. Trzeba więc rozróżnić trzy zjawiska: obronę ludności cywilnej, walkę z oddziałami UPA oraz akcje odwetowe przeciw ukraińskim wsiom i zapleczu ukraińskiego podziemia. Te ostatnie niekiedy przekraczały ramy odwetu na sprawcach i uderzały w ludność cywilną.

Jeśli chodzi o liczby, w polskich akcjach odwetowych i pacyfikacjach zginęło kilka tysięcy Ukraińców, wliczając w to zabitych w trakcie walki bojowników oraz ludność cywilną. Ukraińców zginęło więc kilkanaście razy mniej lub nawet ponad 20 razy mniej niż Polaków. Najczęściej przywoływanym przykładem polskiej akcji odwetowej jest Sahryń z 10 marca 1944 roku. Oddziały AK i BCh przeprowadziły wtedy na Lubelszczyźnie zaplanowaną akcję odwetową na kilkanaście wsi zamieszkanych przez Ukraińców. W Sahryniu, obok uzbrojonych członków ukraińskich formacji, większość ofiar stanowili cywile. Wokół dokładnej liczby zabitych toczy się spór, ale sam charakter zdarzenia jako ciężkiej zbrodni na ludności ukraińskiej nie jest dziś poważnie kwestionowany.

Drugim symbolicznym przykładem jest Pawłokoma z marca 1945 roku, gdzie oddział polskiego podziemia rozstrzelał ukraińskich mieszkańców wsi. W śledztwie IPN mówiono o ponad 368 obywatelach narodowości ukraińskiej prawdopodobnie zamordowanych przez polskie oddziały partyzanckie; w pamięci publicznej często funkcjonuje liczba 366 ofiar. To jeden z najmocniejszych przykładów tego, że po stronie polskiej dochodziło nie tylko do walki z UPA, ale także do zabójstw ukraińskich cywilów w akcie odwetu i lokalnej zemsty.

Najuczciwiej więc ująć sprawę tak: polska przemoc odwetowa była realna, miejscami bardzo brutalna i pociągnęła za sobą do kilku tysięcy ukraińskich ofiar, zwłaszcza na Lubelszczyźnie i w pasie południowo-wschodnim. Nie wolno jej przemilczać ani relatywizować. Nie zmienia to jednak zasadniczej oceny całości konfliktu. Polskie akcje odwetowe nie miały takiego samego zasięgu, stopnia centralnego sterowania ani celu politycznego jak akcja OUN-UPA przeciw Polakom. Były odpowiedzią, w rzadkich przypadkach zbrodniczą, na wcześniej uruchomioną przez OUN-UPA kampanię czystki etnicznej i ludobójstwa, a nie równoległym planem całkowitego usunięcia Ukraińców z całego spornego obszaru.

PODSUMOWANIE

Ukraińska historia jest niezwykle dramatyczna. Ukraińcy są narodem, który zahartował się w wielowiekowej walce. Polacy zresztą też. Nierzadko była to walka między naszymi narodami. Warto mieć to w pamięci, ale warto mieć w pamięci też inne, fundamentalne zagadnienia.

Dzięki temu, że Wielkie Księstwo Litewskie weszło w XIV wieku w unię z Królestwem Polskim, zachodnia część Rusi zachowała przez setki lat niezależność od mongolskiej Moskwy. Dzięki temu, że w XV, XVI, XVII i XVIII wieku nad dorzeczem Dniepru, całkowicie albo cześciowo, panowali polscy królowie i polska szlachta, zachodnia część Rusi zachowała swoją odrębność od Rosji, zachowała swoją oryginalną kulturę. Dzięki tej odrębności powstały ukraińska tożsamość narodowa na południu i białoruska tożsamość narodowa na północy. Kolejni władcy Rosji, w tym Władimir Putin, doskonale to rozumieją, on sam dawał temu zresztą publicznie wyraz, choćby w słynnym wywiadzie u (niemającego pojęcia o historii naszej części Europy) Carlsona.

Wsród tych setek lat zmagań w Europie Wschodniej, które były również nierzadko zmaganiami między Polakami a Ukraińcami, warto pamiętać o dwóch rzeczach. Po pierwsze – nigdy dorzecza Dniepru nie udawało się bronić przed Moskwą bez wsparcia znad Wisły. Po drugie – zawsze gdy dorzecze Dniepru wpadało w ręce Moskwy, rozpoczynała się bezpośrednia presja na dorzecze Wisły. Warto w tym momencie o tych dwóch faktach przypomnieć.

Wracając zaś do tematu UPA; jest wiele bolesnych ran w polsko-ukraińskiej historii, nad którymi możemy przejść do porządku dziennego. Było, minęło, nie wróci. Natomiast rana zadana przez ludobójstwo jest ogromna i stosunkowo świeża, bo wciąż żyją ostatnie dzieci, które ocalały z tej rzezi. Nie możemy przejść do porządku dziennego nad ludobójstwem OUN-UPA jednak przede wszystkim dlatego, że ono nie wyglądało jak inne „zwykłe”, przypadkowe zbrodnie wojenne. Zbrodnie wojenne zdarzają się w niemal każdej wojnie i w niemal każdym wojsku. Są efektem szału bojowego, demoralizacji danej jednostki wojskowej, psychopatycznej natury poszczególnego dowódcy lub występują z szeregu innych, incydentalnych powodów.

Niestety, w historii totalitaryzmów XX wieku doszło do wielu masowych ludobójstw przeprowadzanych z powodów politycznych, ideologicznych. Ludobójstw zaplanowanych, prowadzonych przez kierownictwo polityczne i wojskowe, systematycznych. Takiego ludobójstwa dopuściła się nie tylko III Rzesza niemiecka, nie tylko Rosja sowiecka. Na polskim narodzie i na niewielkiej części narodu ukraińskiego takiego ludobójstwa dopuściła się OUN-UPA, wraz z grupami pomocniczymi. To nie był odwet, szaleństwo ani przypadek. To była wieloletnia, systematyczna kampania eksterminacji. Jej fundamenty są doskonale znane i tkwią w ideologii oraz praktyce, która została ukształtowana w latach 1919-1939. Ofiarami tego terroru, przypomnijmy to raz jeszcze, padali również Ukraińcy. OUN-UPA mordowała Ukraińców, którzy nie chcieli brać udziału w ludobójstwie, Ukraińców którzy pozakładali rodziny z Polakami, a było takich rodzin mnóstwo, Ukraińców, którzy z Polakami chcieli szukać porozumienia i wreszcie tych, którzy Polakom próbowali pomagać.

Niestety tu nie ma żadnej symetrii i nie ma żadnego usprawiedliwienia dla ludobójstwa. Nawet jeśli uznamy Polaków na Kresach Wschodnich I i II Rzeczpospolitej za naród dominujący, z którym Ukraińcy musieli walczyć o swoje państwo. Nawet wtedy nie usprawiedliwia to masowego, zaplanowanego i latami realizowanego, niebywale okrutnego mordowania kobiet, dzieci, starców i mężczyzn-cywilów.

Rozumiem powody, dla których niepodległa i zmuszona do walki Ukraina sięga do historii i buduje panteon swoich bohaterów narodowych. Macie ich wielu. Niektórzy są z polskiego punktu widzenia kontrowersyjni, ale wielu naszych również jest z waszego punktu widzenia kontrowersyjnych. To są sprawy oczywiste po setkach lat zmagań. Rozumiemy budowanie pomników ukraińskich bohaterów – również takich, którzy z nami walczyli. Trzeba czcić wojowników.

Nigdy nie zrozumiemy i nie zaakceptujmy pomników masowych morderców, którzy w najokrutniejszy sposób latami dokonywali rzezi kobiet i dzieci. Nie w szale, a z zimną krwią, wielokrotnie, w setkach miejscowości. Według politycznej, ideologicznej, zimnej kalkulacji. Ponad sto tysięcy niewinnych ludzi…

Zawsze możemy powiedzieć, że Niemcy czy Rosjanie mają na sumieniu nie sto tysięcy a miliony Polaków. To prawda. Prawdą jest też to, że Rosjanie czczą masowych ludobójców, takich jak Stalin, Armia Czerwona i NKWD zupełnie świadomie, nie wstydząc się ich zbrodni, uznając je za konieczne. Ukraińcy pod tym względem leżą „bliżej Europy”. Wiecie, że masowe, zaplanowane zbrodnie na bezbronnych to rzecz, której trzeba się wstydzić. Dlatego prawdę o ludobójczym, ideologicznie przygotowanym charakterze działalności OUN-UPA po prostu wypieracie ze świadomości. Ta negacja faktów, w tym całym nieszczęściu, daje być może pewną nieśmiałą nadzieję na przyszłość. Na dziś jednak nie mamy „gdzie się spotkać”. Nie zaakceptujemy kultu ludobójców.

My, Polacy, jesteśmy dodatkowo zaszokowani faktem, że po 12 latach zmagań z Rosją, mając setki tysięcy męczenników, mając setki tysięcy prawdziwych wojowników ostatnich lat, którzy zginęli broniąc swojej ojczyzny na realnym polu walki, wciąż wracacie do kultu OUN-UPA. Do kultu tych, którzy z prawdziwym wojskiem walczyli rzadko, a bezbronnych cywilów mordowali często. Wojna jaką toczycie od 12 lat oddala was od Moskwy, ale kult OUN-UPA ponownie was do niej, niestety, w pewnym sensie, przybliża.

Robert Winnicki
praprawnuk Anny Hołówko, grekokatoliczki z województwa tarnopolskiego, która wyszła za mąż za Antoniego Winnickiego, katolika i której syn oraz wnuk (tym wnukiem był mój dziadek, Ignacy) cudem uniknęli śmierci z rąk OUN-UPA w czasie II wojny światowej.

Autor: Robert Winnicki
Polski polityk, w latach 2009–2013 prezes Młodzieży Wszechpolskiej, jeden z twórców oraz pierwszy prezes Ruchu Narodowego, poseł na Sejm RP VIII i IX kadencji.