Prolog

Jerzy Waldorff

– Co to za nogi, skoro trzy wystarczą, żeby unieść takiego czarnego potwora?

Bogusław Schaeffer

– Jak u piratów. Drewniane.

Jerzy Waldorff

– I mówisz, że to pomnik muzyki klasycznej?

Bogusław Schaeffer

– Nie bardzo. Pod klapą leży grecka harfa, pod nią uwijają się młotki jak w kopalni miedzi, a wszystko razem udaje śpiewaka.

Jerzy Waldorff

– I publiczność w to wierzy?

Bogusław Schaeffer

– Nie. Publiczność wierzy pianiście.

O redefinicji fortepianu we współczesnej pianistyce.

Fortepian jest jednym z największych paradoksów w historii techniki i sztuki. W swojej fizycznej istocie pozostaje genialnym, monumentalnym anachronizmem. Ważąca blisko pół tony konstrukcja z żeliwa, stali, drewna i filcu przypomina bardziej precyzyjnie zaprojektowaną maszynę przemysłową niż narzędzie subtelnej ekspresji. To w gruncie rzeczy instrument perkusyjny, którego najważniejsza cecha jest zarazem jego największym ograniczeniem. W chwili uderzenia młoteczka o strunę pianista natychmiast i bezpowrotnie traci wpływ na rodzący się dźwięk.

Skrzypek prowadzi smyczek aż do ostatniej chwili. Śpiewak modeluje głoskę oddechem. Organista kontroluje przepływ powietrza przez cały czas trwania tonu. Instrumentalista dęty nieustannie rzeźbi brzmienie ustnikiem i oddechem. Pianista może jedynie… nacisnąć klawisz. A jednak właśnie fortepian od dwóch stuleci uchodzi za najbardziej śpiewny ze wszystkich instrumentów.

Jerzy Waldorff zapewne zauważyłby z właściwą sobie ironią, że oto artysta wychodzi na estradę, aby stoczyć pojedynek z meblem, który złośliwością przewyższa niejednego osła, a bogactwem wewnętrznym – niejednego ministra. Trudno o bardziej przekorne zestawienie. Mechaniczny potwór, z którym teoretycznie nie sposób dyskutować, od pokoleń pozostaje najdoskonalszym medium ludzkich emocji. Na tym właśnie polega pierwsza wielka iluzja fortepianu.

Współczesna pianistyka coraz wyraźniej odsłania dwa odmienne sposoby myślenia o tej niezwykłej maszynie.

Pierwszy z nich dąży do absolutnej kontroli. Powstają cyfrowe hybrydy sterowane laserowymi sensorami, pianiści podróżują z własnymi mechanizmami klawiaturowymi, a czasem z całymi fortepianami. Temperatura sali, wilgotność powietrza czy drobna zmiana regulacji młoteczków urastają do rangi zagrożenia dla misternie zaprojektowanej interpretacji. W gruncie rzeczy nie chodzi tu wyłącznie o wygodę. To głęboka psychologiczna potrzeba bezpieczeństwa. Im mniej zmiennych pozostawi świat, tym większe poczucie kontroli zachowa wykonawca.

Złośliwi mogliby powiedzieć, że taki pianista nie szuka dialogu z instrumentem, lecz polisy ubezpieczeniowej od nieszczęśliwych wypadków akustycznych.

Na drugim biegunie znajduje się filozofia znacznie starsza od współczesnej technologii. To tradycja wielkich pianistów dawnych epok, ale również bliska Bogusławowi Schaefferowi idea twórczości otwartej i nieustannego eksperymentu. Jej zasada jest prosta.

Gra się na tym, co stoi na scenie. Choćby instrument nosił ślady wielu koncertowych bitew.

Fortepian przestaje być wtedy urządzeniem do wiernego odtwarzania raz zaprojektowanych rozwiązań. Staje się partnerem rozmowy. Każdy egzemplarz posiada własny temperament, własne przyzwyczajenia, a czasem nawet własne kaprysy. Jeden śpiewa średnicą, drugi zachwyca basem, trzeci zaskakuje długością wybrzmienia, czwarty wymaga cierpliwości większej niż niejeden dyrygent podczas pierwszej próby orkiestry.

Wybitny pianista nie obraża się na instrument. On go poznaje.

Słucha kilku pierwszych dźwięków i niemal natychmiast zaczyna zmieniać sposób gry. Koryguje ciężar ręki, szybkość opadania palca, głębokość zanurzenia klawisza, rodzaj pedalizacji, proporcje głosów, a nawet sposób prowadzenia całych fraz. Często robi to szybciej, niż publiczność zdąży zauważyć, że koncert już się rozpoczął. I właśnie tutaj zaczyna się druga, znacznie głębsza iluzja.

Powszechnie mówi się o „barwie fortepianu”. W rzeczywistości sam instrument nie produkuje barwy w takim znaczeniu, jakie przypisujemy skrzypcom czy ludzkiemu głosowi. Fortepian dostarcza materiał akustyczny. Dopiero wyobraźnia pianisty organizuje go w zjawisko, które słuchacz odbiera jako aksamit, światło, ciężar, oddech czy śpiewność.

Dwóch wielkich pianistów potrafi usiąść przy tym samym instrumencie i sprawić, że publiczność odniesie wrażenie, jakby grały dwa zupełnie różne fortepiany.

Zmienia się nie drewno. Nie stal. Nie filc. Zmienia się sposób myślenia.

Barwa rodzi się bowiem nie tylko w instrumencie, ale przede wszystkim w uchu, wyobraźni i doświadczeniu wykonawcy. To mózg muzyka buduje iluzję brzmienia z subtelnych proporcji czasu, ciężaru, artykulacji, faktury i pedalizacji. Fizyka dostarcza jedynie tworzywa. Resztę dopowiada człowiek.

Bogusław Schaeffer zapewne uśmiechnąłby się z satysfakcją. To przecież idealny przykład sytuacji, w której ograniczenie techniczne nie zamyka drogi twórczości, lecz staje się jej początkiem. Im bardziej materia stawia opór, tym więcej wolności pozostawia wyobraźni. Najciekawsze rzeczy dzieją się jednak tam, gdzie oba światy zaczynają się przenikać. Kiedy na przykład – rygor bachowskiej polifonii spotyka się z żywiołem improwizacji.

Gdy zapis nutowy przestaje być cmentarnym pomnikiem, a staje się partyturą intencji. Wtedy okazuje się, że granica między kompozycją a kreacją jest jedynie wygodnym pojęciem dla bibliotekarzy muzyki. Dawna improwizacja zapisana przed wiekami może ponownie stać się improwizacją w umyśle współczesnego wykonawcy. Nie odtwarzamy przeszłości. Tworzymy ją na nowo.

I być może właśnie dlatego fortepian wciąż pozostaje instrumentem przyszłości.

Nie dlatego, że jest doskonały. Przeciwnie. Dlatego, że jest niedoskonały. Nieustannie zmusza człowieka do dialogu z materią, do ryzyka, do adaptacji i do twórczego przekraczania własnych ograniczeń. Uczy pokory wobec fizyki, ale jednocześnie pokazuje, że prawa natury nie wyznaczają granic sztuki.

Być może największą iluzją fortepianu nie jest to, że potrafi zabrzmieć jak orkiestra, kwartet smyczkowy czy ludzki głos. Największą iluzją jest przekonanie, że o jego brzmieniu decydują drewno, stal i filc. One są jedynie materią.

Instrument kończy się tam, gdzie zaczyna się wyobraźnia.

To ona sprawia, że mechaniczna maszyna zaczyna mówić ludzkim głosem. A kiedy podczas koncertu słuchacz przestaje myśleć o młoteczkach, strunach i żeliwnej ramie, pozostaje już tylko muzyka. I właśnie wtedy iluzja staje się prawdą.

Epilog

Jerzy Waldorff

– Czyli przez cały koncert słuchaliśmy jednej wielkiej iluzji?

Bogusław Schaeffer

– Owszem.

Jerzy Waldorff

– To dlaczego brzmiała jak prawda?

Bogusław Schaeffer

– Bo fortepian nie jest tylko maszyną.

Jerzy Waldorff

– A muzyka?

Bogusław Schaeffer

– Zaczyna się dokładnie tam, gdzie kończy się mechanika.

Jerzy Waldorf

– A więc jednak wygrał człowiek?

Bogusław Schaeffer

– Nie. Wyobraźnia.

 

Tomasz Trzciński

 

Post scriptum

Jerzy Waldorff

– A więc fortepian nie jest instrumentem?

Bogusław Schaeffer

– Jest.

(Po chwili milczenia.)

– Ale dopiero wtedy, kiedy ktoś przestanie w nim widzieć fortepian.