Wolność, równość, demokracja – a w praktyce podsłuchy, komisje i publiczne sądy. Historia zatoczyła koło, tylko zamiast Bieruta mamy europejskie garnitury, a zamiast propagandy w „Trybunie Ludu” – medialne show w TV. PRL wrócił, tyle że z unijną flagą w tle.
Nowe czasy, stare metody
Kiedyś wystarczyło mieć portret Bieruta nad biurkiem i lojalność wobec „sojuszu robotniczo-chłopskiego”. Dziś – wystarczy selfie z brukselskiego korytarza i właściwy hashtag. System ten sam, tylko opakowanie lepsze: zamiast czerwonej gwiazdy – błękitna flaga z gwiazdkami, zamiast kartek na mięso – granty, fundusze i dotacje.
Polityczna poprawność zastąpiła cenzurę, a „demokratyczne komisje” przejęły rolę dawnych trybunałów ludowych. Niby wolni, ale lepiej uważać, co się mówi – bo zaraz ktoś „z troską o praworządność” doniesie, że to mowa nienawiści.
Wielki powrót moralnego komisariatu
Każda epoka ma swoje święte krowy i swoje czarne owce. W PRL byli „wrogowie ludu”, dziś mamy „wrogów demokracji”. Mechanizm identyczny: jedni biją się o wolność, drudzy o narrację. A wszystko w imię dobra wspólnego – oczywiście definiowanego przez tych, którzy właśnie rządzą.
Nowy komisariat moralności działa skuteczniej niż dawny cenzor – nie trzeba już niczego wycinać, wystarczy odciąć przeciwnika od mikrofonu. Demokracja? Jak najbardziej – tylko w wersji moderowanej.
Telewizja kłamie 2.0
W PRL-u telewizja mówiła, że wszystko jest dobrze, a jak ktoś myślał inaczej – to znaczyło, że ma „problemy z socjalistyczną świadomością”. Dziś różnica polega tylko na tym, że mamy 200 kanałów i wszędzie to samo. Inne logotypy, te same przekazy: „oni źli, my dobrzy, oglądaj dalej”.
Spektakl musi trwać. Im więcej krzyku, tym mniej treści – i tym większe emocje przed kamerą. Media nie informują, tylko reżyserują. Polityka stała się reality show, a obywatel widzem, który może co najwyżej kliknąć „lubię to”.
Nowy PRL – wersja eksportowa
Dawniej baliśmy się Moskwy, dziś klękamy przed Brukselą. Zamiast depesz z Kremla – dyrektywy z Komisji. Zamiast rubla – euro, ale zasada ta sama: kto płaci, ten wymaga. I choć na ulicach mamy sklepy, a nie kolejki, to mentalnie znów stoimy w ogonku – tym razem po aprobatę i certyfikat demokracji.
Historia lubi ironie
Nie trzeba czołgów, by wrócił PRL. Wystarczy kilka komisji, parę wyroków medialnych i przekonanie, że „demokracja to my”. I wtedy – jak dawniej – wszyscy są równi, tylko niektórzy bardziej.
Zostaw komentarz