Często proszę prowadzących by wypowiedzieli przed lub po moim koncercie to oto zdanie:

Koncert jest po to, by słuchacz po jego zakończeniu wrócił do domu szczęśliwszy i jeszcze wiele dni później czuł, że ta muzyka choć odrobinę go odmieniła. Bo ostatni dźwięk muzyki nigdy nie należy do fortepianu. Należy do pieśni i ciszy, która pozostaje w człowieku.

Prolog

Jerzy Waldorff

– Powiedz, Bogusław… Duszę ma człowiek czy fortepian?

Bogusław Schaeffer

– Fortepian ma tylko cierpliwość.

Jerzy Waldorff

– A duszę?

Boguslaw Schaeffer

– Przynosi ją ten, kto potrafi zostawić w nim część własnego życia.

I. Dusza rzeczy

Duszę posiadały kiedyś nawet żelazka. Była z żeliwa. Ciężka – jak na swoje rozmiary a potrafiła rozgrzać się do czerwoności, pomóc człowiekowi uładzić to, co pogniecione, a potem spokojnie oddać ducha, stygnąc i kurcząc się – przed kolejnym zadaniem. Dzisiaj pozostało po niej już tylko powiedzenie.

Bo dusza rzeczy nigdy nie mieszkała w materiale. Mieszkała w znaczeniu. Stare żelazko nie było „piękne”, jeśli za jego miarę wziąć by postać dzisiejszych mrugających każdym parametrem świecidełek. Ono nie miało pojęcia że kiedyś stanie się prawie smartfonem. Nie miało chromowanych powierzchni, wyświetlacza ani przewodu zasilającego.

Żeby spełniło swoje zadanie, trzeba było najpierw rozpalić ogień. Cierpliwie poczekać. Nie dało się przyspieszyć czasu. Trzeba było go zrozumieć. Dopiero wtedy żeliwo zaczynało przyjmować ciepło. Nie gwałtownie. Powoli – tak, jak człowiek, który zdobywa doświadczenie. Ale kiedy już się rozgrzało, oddawało je równie cierpliwie. I nie tylko tkaninie. Także dłoniom, które wiedziały, jak z niego korzystać.

Może dlatego dawniej przedmioty wydawały się żyć dłużej. Nie dlatego, że były niezniszczalne. Dlatego, że człowiek pozwalał im wykonywać ich pracę do końca. Naprawiał je. Czyścił. Odkładał na swoje miejsce. Nie dlatego także, że nie było go stać na nowe. Dlatego, że rozumiał wartość rzeczy, która wiernie służy.

W dalszej epoce na polskie strychy i do piwnic lub komórek trafiały i leżały tam, nieraz latami, „przydasie”. Nie rupiecie. To bardzo istotna różnica. Rupieć jest czymś, co raz i bezpowrotnie zniszczone, utraciło swoją pierwotną wartość. Przydaś jest zaś tym czymś, czego wartość została odłożona w czasie.

Samo to słowo zawiera w sobie nadzieję:

Jeszcze się przyda.

Nie było w tym skąpstwa a pokora wobec przyszłości. Pokolenia, które przeżyły wojny, biedę, zarazę, przesiedlenia i odbudowę, wiedziały, że czas potrafi zaskoczyć. To, co dziś wydaje się zbędne, jutro może okazać się jedynym rozwiązaniem.

Ale „przydaś” był czymś więcej niż przedmiotem – był sposobem myślenia, czasem nawet pojmowania rzeczywistości, która składała się z ograniczeń sprowadzających egzystencję do skromnej choć nie pozbawionej szczęścia i rodzinnego ciepła wegetacji. Był Szacunkiem dla pracy ludzkich rąk. Szacunkiem dla materiału i szacunkiem dla czasu.

Bo każda rzecz była kiedyś czyimś wysiłkiem. Czyimś pomysłem. Czyimś talentem. Czyimś dniem pracy. Może właśnie dlatego dawniej nie mówiło się jeszcze o ekologii. Nie było takiej potrzeby. Najpierw uczono szacunku a dopiero później oszczędności.

Dzisiaj często zachwycamy się prawie każdą nowością. Nie ma w tym nic zdrożnego, czas zaskakuje nas szybciej niż my zaskoczylibyśmy kukułkę z zegara. Często jednak pasjonujemy się samą metką, nazwą lub logo wytworu człowieka, uogólnionego pod tą nazwą do marki jego firmy. A coraz rzadziej pytamy, czy jakaś atrakcyjna z pozoru rzecz naprawdę jest sobą?

A przecież na końcu wszystkie rzeczy pozostają tylko rzeczami. Dobrymi lub złymi, trwałymi albo jednorazowymi. Pięknymi lub przeciętnymi. Na końcu zawsze są jednak rzeczami. Ich wartość nie polega jednakże na tym, ile kosztowały a na tym, ile dobra potrafiły wnieść do ludzkiego życia.

Niektóre rozgrzewają tylko materiał. Inne rozgrzewają pamięć. A są i takie, które potrafią rozgrzać całe pokolenia. Wtedy przestają być tylko rzeczami. Te z nich stają się czymś znacznie więcej – początkiem opowieści.

II. Dusza fortepianu

Żelazko oddawało człowiekowi ciepło. Fortepian oddaje coś znacznie trudniejszego do opisania. Rezonans. Ciepło rozchodzi się przez materiał. Rezonans przenika materiał. Jedno ogrzewa dłonie. Drugie potrafi ogrzać duszę.

Od wielu lat słyszę pytania, czy i który fortepian jest najlepszy. Za każdym razem odpowiadam inaczej. Nie dlatego, że zmieniają się instrumenty lecz dlatego że zmienia się człowiek. Można zbudować dwa fortepiany tego samego modelu, z tej samej serii. Z tego samego gatunku drewna – w tej samej fabryce, przez tych samych ludzi.

A jednak jeden z nich przemówi od pierwszego dotknięcia klawisza. Drugi pozostanie jedynie bardzo dobrym instrumentem. Przez wiele lat próbowałem zrozumieć, gdzie mieszka ta różnica. Czy ukrywa się w płycie rezonansowej? W napięciu strun? W geometrii mostków? W sposobie intonacji młotków? A może w rękach stroiciela?

Dzisiaj odpowiedziałbym inaczej. To nie fortepian posiada duszę. Posiada możliwość jej przyjęcia. Ma drewno. Ma struny. Ma żeliwną ramę, która z pokorą znosi naprężenia wielu ton. Ma tysiące części wykonanych z niezwykłą precyzją. Ale żadna z nich nie jest duszą. Nie odnajdzie jej żaden konstruktor między żebrami pudła rezonansowego. Nie pokaże jej stroiciel podczas regulacji mechaniki. Nie zmierzy jej żaden, najczulszy nawet przyrząd. Być może pokaże nam tylko cień jej działania.

Bo dusza fortepianu nie mieszka w drewnie. Ona pojawia się dopiero wtedy, gdy drewno zaczyna odpowiadać człowiekowi. Fortepian sam z siebie nie jest ani smutny, ani radosny. Nie jest romantyczny ani dramatyczny. Nie jest nawet muzyczny. Jest możliwością – lustrem, które odbija duszę tego, kto umiejętnie budzi go do życia.

Dlatego ten sam instrument potrafi być jednego dnia pokojem pełnym dziecięcych zabawek, drugiego dramatyczną sceną operową, trzeciego orkiestrą symfoniczną, a czwartego niewielkim klubem jazzowym, w którym prowadzi cichą rozmowę z kontrabasem i perkusją.

Bywa także samotny. Bywa jednak często duszą towarzystwa. Przecież nie bez powodu właśnie tak mówimy o człowieku, wokół którego gromadzą się inni. Bo to nie fortepian zmienia swoje oblicze. Zmienia je zawsze człowiek i jego opowieść. Instrument jedynie wiernie odpowiada.

Po wielu latach poszukiwań własnego instrumentu zrozumiałem, że nie szukałem doskonałości. Szukałem rozmówcy. Bo przychodzi taki moment, w którym fortepian przestaje być przedmiotem a staje się przyjacielem. Nie takim, który mówi lecz takim, który rozumie a wtedy dźwięk przestaje być tylko falą akustyczną. Staje się rozmową. Nie pomiędzy człowiekiem i instrumentem. Pomiędzy człowiekiem i nim samym.

A czasem dzieje się coś jeszcze. Ta rozmowa przestaje należeć wyłącznie do pianisty. Przestaje należeć nawet do fortepianu lecz zaczyna należeć do czasu. Są bowiem takie chwile, w których człowiek siadający przy instrumencie rozmawia już nie tylko z własnym sercem. Rozmawia z własną epoką i jej historią. I właśnie wtedy muzyka przestaje być dźwiękiem a staje się – pamięcią. A pamięć, jeśli naprawdę żyje, zaczyna rezonować znacznie dalej niż potrafią dolecieć dźwięki. Wówczas jeden fortepian potrafi przemówić głosem całego pokolenia.

III. Przemiana

Są w dziejach sztuki chwile, w których człowiek przestaje mówić wyłącznie własnym głosem. Nie dlatego, że przestaje być sobą, przeciwnie – staje się sobą tak bardzo, że zaczynają przemawiać przez niego doświadczenia ludzi, których nigdy nie poznał, i pokoleń, których nie miał prawa pamiętać. Tak rodzi się przemiana. Wpierw subtelna, a później głęboka.

Dusza pozostaje osobista ale Duch zaczyna należeć do wspólnoty. Nie odbiera człowiekowi jego indywidualności. Nadaje jej kierunek.

Tak było z Fryderykiem Chopinem. Nie został głosem Polski dlatego, że tego chciał. Stał się nim dlatego, że nie potrafił być nikim innym. Paryż dawał bezpieczeństwo. Polska pozostawała tęsknotą. Fortepian stał się więc pod jego rękami czymś więcej niż tylko instrumentem, głosem jego duszy. Stał się jego domem. Domem, którego nie można było dotknąć. Ale który można było usłyszeć.

Każdy mazurek niósł zapach ziemi. Każdy polonez prostował plecy i porządkował nogi. Każdy nokturn przypominał, że cisza nie jest brakiem dźwięku a bywa pamięcią. Każda ballada i scherzo wzbudzały wizję dziejów dopiero co minionych lecz jednocześnie aktualnych. Muzyka przestała opowiadać o kompozytorze. Zaczęła opowiadać o Narodzie. I właśnie wtedy wydarzyło się coś niezwykłego. Fortepian przestał odbijać jedynie duszę pianisty. Zaczął odbijać duszę epoki. Rozżarzoną emocjami i uczuciami.

Tęsknota jednego człowieka stała się tęsknotą milionów. Nie przez manifest. Nie przez rozkaz – poprzez dźwięk. Nie istnieje chyba większa siła sztuki. Taką która nie przekonuje, nie zmusza i nie wydaje poleceń. A jednak potrafi swoim wyrafinowanym przekazem odmienić sposób myślenia całych pokoleń.

Od tej chwili historia Polski nie była już tylko historią bitew, traktatów i granic. Stała się również historią rezonansu. Dźwięk, raz wprawiony w ruch, nie kończy się wraz z ostatnim akordem lecz pozostaje w pamięci. Przechodzi z nauczyciela na ucznia, z matki na dziecko, z koncertu na koncert, z pokolenia na pokolenie. Tak rodzi się duch. Nie jako pojęcie – jako doświadczenie.

Dlatego dusza Chopina nie zatrzymała się na klawiaturze fortepianu. Przeszła przez sale koncertowe. Przez emigracyjne salony arystokratów i szlachciców, tak wielkich patriotów jak i jednocześnie ludzi świata, który ich poznawał i asymilował. Nabierając po części jej ducha. Ducha wolności i pragnienia niepodległości. Przez domy, w których jego nuty grano po cichu. Przez szkoły. Przez Konkursy Chopinowskie. Przez ręce pianistów, którzy często nie zdawali sobie sprawy z tego, że uczą się nie tylko muzyki.

Uczyli się pamięci. A pamięć ma niezwykłą właściwość. Nigdy nie wraca w tej samej postaci. Każde pokolenie dopowiada do niej własny los. I właśnie dlatego dusza z czasem przeistacza się w ducha. Nie opuszcza człowieka. Rozszerza się. Obejmuje innych. Staje się wspólnym oddechem naszej wyjątkowej historii.

IV. Duch

Bywały chwile, gdy ten duch przemawiał ciszą. Bywały takie, gdy mówił szeptem modlitwy. Ale przychodziły również dni, kiedy jego głos rozbrzmiewał głośniej od wystrzałów. Dusza, która dojrzewała przy fortepianie, potrafiła później zamienić się w odwagę. Nie tę, która szuka straceńczego bohaterstwa. Tę, która trwa, „nie dając się zepchnąć ze swego stanowiska”.

To ona pozwalała matkom czekać latami na tych, którzy już nie wrócili. To ona prowadziła rannych kanałami Warszawy. I wracała do domów z nadzieją silniejszą od rozpaczy. Bo duch nie rodzi się z wielkich słów. Rodzi się z wierności. Z pamięci. Z przekonania, że nawet wtedy, gdy wszystko wydaje się stracone, człowiek nie może utracić samego siebie. I że nigdy nie wolno mu pozwolić sobie na to by jego dusza popadła w niewolę i wygasić żar.

Dlatego historia Polski nie jest tylko historią cierpienia. Jest historią żaru. Nie płomienia, który wybucha i gaśnie. Żaru, który potrafi przetrwać pod popiołem całe pokolenia. I czekać. Nie na zemstę a na chwilę, w której znów będzie mógł ogrzać ludzkie serca i pomóc im uporządkować własną rzeczywistość.

Bo gdy taki duch dojrzewa przez pokolenia, pozostawia po sobie nie płomień, lecz właśnie żar. To dzięki niemu przetrwaliśmy gdy wiatr historii rozwiewał popioły.

V. Żar

Dusza. Nie duszność. Nie tylko pożoga, dym i płomienie. Przede wszystkim żar. To on pozostaje wtedy, gdy ogień dawno przestał już być widoczny. To on cierpliwie przechowuje ciepło. Polska dusza jest właśnie takim żarem. Nie wybucha ale także nie gaśnie. Trwa. Przez dwa stulecia zmieniała jedynie swój kształt.

Innym razem modlitwą matki czekającej na męża uprowadzonego do Ostaszkowa, Kozielska lub Starobielska, pędzonego później nad katyńskie doły śmierci, z zawiązanymi oczami i kulą w czaszce. Bywała pieśnią powstańczą i ciszą kanałów Warszawy. Szła z żołnierzami Andersa z Syberii porzez Iran i Monte Cassino, niosąc zapach czerwonych maków. Broniła imienia polskich lotników nad Anglią. Lądowała pod Arnhem z nadzieją silniejszą od lęku.

Wracała do domów z tymi, którzy przeżyli, i pozostawała z tymi, którzy już wrócić nie mogli. Później, pośród niewoli, rozbijając o bruk stoczni kajdany zabrzmiała z Placu Zwycięstwa w Warszawie słowami, które zna dziś każdy Polak:

„Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze Ziemi. Tej Ziemi!”

Nie były to tylko słowa. Były rezonansem. Jak uderzenie młotkami ogromnym akordem w struny fortepianu, które poruszy nie kilka, lecz wszystkie współbrzmiące struny a poprzez nie cały instrument. Tak działa Duch. Nie zastępuje duszy. Nie odbiera jej człowiekowi. Rozszerza ją. Sprawia, że osobista pamięć staje się pamięcią wspólnoty. Że samotny głos staje się głosem Narodu. Że fortepian przestaje być instrumentem. Staje się świadkiem historii.

I wtedy zrozumiałem coś, czego przez wiele lat nie potrafiłem nazwać. Dusza fortepianu nigdy nie należała do fortepianu. Tak jak dusza narodu nie mieszka w pomnikach. Ani w sztandarach. Ani w kamieniu. Mieszka w człowieku. W jego pamięci, w jego wyborach. W jego odpowiedzialności i woli współistnienia.

Bo są rzeczy, których nie dziedziczy się z nazwiska. Dziedziczy się je z troski. Nie otrzymujemy ich po to, aby je posiadać. Otrzymujemy je po to, aby przekazać je dalej. Dlatego ich żar nie gaśnie.

Może właśnie tego jednego nie przewidział nawet Heraklit. Że istnieją rzeczy, które nie trwają dlatego, iż nie ulegają zmianie. Trwają dlatego, że potrafią przechodzić z duszy do duszy, z pokolenia na pokolenie.

Tak właśnie dojrzewa żar.

I wspólnota Ducha.

Post Scriptum

Nie pisałem tego eseju o żelazku.

Nie pisałem tego eseju o fortepianie.

Nie pisałem go nawet o Chopinie.

Napisałem go o duszy. O tej, która potrafi rozgrzać człowieka jak żar ukryty pod popiołem. O tej, która z czasem przeistacza się w ducha wspólnoty. O tej, która od dwóch stuleci prowadzi Polaków przez chwile triumfu i przez chwile próby. Nie po to, aby żyć przeszłością. Po to, aby umieć odpowiedzieć za przyszłość. Bo są wartości, których nie można nikomu narzucić. Można je jedynie przekazać własnym życiem.

A kiedy przychodzi kolejny czas próby, zawsze powraca to samo pytanie:

Komu dziś powierzony jest ten żar?

Może właśnie o tę duszę chodzi. O duszę jednoczącą naszą historię. Którą nosi pod sercem każdy, kto kocha Polskę. I która – dopóki trwa w człowieku – nie pozwala zamilknąć ani fortepianowi, ani pamięci. Bo ostatni dźwięk muzyki nigdy nie należy do fortepianu. Należy do pieśni i ciszy, która pozostaje w człowieku. I to ona jest najwierniejszym świadectwem duszy.

Epilog

Jerzy Waldorff

– No i powiedz… gdzie podział się ostatni dźwięk?

Bogusław Schaeffer

– Wrócił do domu razem ze słuchaczami.

Jerzy Waldorff

– Myślisz, że jeszcze go usłyszą?

Bogusław Schaeffer

– Jeżeli koncert był naprawdę potrzebny, nie będą go już słyszeli. Będą nim żyli.

Jerzy Waldorff

– Czyli muzyka kończy się później?

Bogusław Schaeffer

– Nie. Muzyka kończy się wtedy, gdy człowiek przestaje dzięki niej stawać się odrobinę lepszy. A jeśli po wielu dniach wraca do niej myślą i czuje, że coś w nim cicho się zmieniło… to znaczy, że fortepian już dawno zamilkł. Ale pieśń i cisza nadal grają.

Post scriptum 2

Jerzy Waldorff

– Pamiętasz? Miał być jeszcze felieton o „przydasiu”.

Bogusław Schaeffer

– No i jest.

Jerzy Waldorff

– Gdzie?

Bogusław Schaeffer

– Przydał się.

Jerzy Waldorff

– Czyli z felietonu nic nie zostało?

Bogusław Schaeffer

– Przeciwnie. Został przydasiem. Poczekał cierpliwie na swoją kolej.

I jak to z przydasiami bywa…

…znowu się przydał.

Tomasz Trzciński