TVN dostaje prawie orgazmu z powodu „Superwizjera” o oficerze CBŚ, ochraniającego agencje towarzyskie i jakiś gang na Podkarpaciu. Przed chwilą usłyszałem,że nie ma tam polityków, a tylko „organy”.

Znów odkryli Amerykę. Ten oficer CBŚ musiał zupełnie nie mieć znajomości, skoro zdecydował się na działanie ze „zwykłymi” kryminalistami. Dziennikarze śledczy (co za idiotyczna nazwa) epatują swoją fachowością, a dochodzą tylko tam, gdzie im się pozwoli. Herrenvolk już o to dba.

Nota bene, tzw. dziennikarstwo śledcze, to ściema pierwszej klasy. Oczywiście nie dotyczy to dwóch lub trzech dziennikarzy, z których jeden jest bardzo znany. Pisałem już kiedyś o tym, lecz teraz przypomnę dwa zdarzenia.

1. Jakieś dwa lata temu wysoki funkcjonariusz jednej ze służb, powiedział mi mniej więcej tak: „Ty myślisz, że te wszystkie programy interwencyjne powstają, bo komuś zależy na załatwianiu spraw głupich ludzi? Za to się płaci i to sporo. Są firmy, które to robią i nie reklamują się wcale. To element niszczenia konkurencji, albo niewygodnych ludzi, którzy pozwolili sobie na zbyt wiele. Na samym pisaniu dziennikarze zarabiają mało. Dopiero, gdy wejdą w obieg takich firm, dadzą twarz i nazwisko, to poczują forsę. Kilku sami stworzyliśmy, bo ograniczenia w werbunku można obejść. Sam dobrze wiesz.”. Nie chciałem mu wierzyć, ale później zorientowałem się, iż jest w tym dużo prawdy. Znam jeden przypadek, gdy dziennikarz został „wynajęty”, chociaż nie przez firmę, tylko po to, by przeszkodzić w korzystnym interesie jednej ze spółek skarbu państwa. Gdyby interes nie wyszedł, skorzystałyby na tym podmioty niemieckie. Nie sugeruję nic, ale za takie rzeczy płaci się nieźle. Drugą sprawą jest współpraca z różnymi służbami. Od policyjnych, do specjalnych. Uważają przy tym, że to kontrolują. Naiwniacy. Przypominam, że amerykańscy dziennikarze, specjalizujący się w pisaniu o CIA, często okazywali się być oficerami CIA na przykryciu, w tym najsławniejsi.

2. Mniej więcej półtora roku temu pewien dziennikarz, przedstawiający się jako „dziennikarz śledczy” zaproponował mi przy świadku handel materiałami Stazi. Miał tzw. „grant w Instytucie Gaucka”. Miało to wyglądać tak: on będzie wydobywał materiały dot. Polaków, a ja mam pośredniczyć w sprzedaży ich służbom lub „bohaterom” materiałów. Najpierw się wściekłem, bo potraktowałem to jako prowokację, ale widząc minę osoby (znana i bardzo szanowana przeze mnie), która przy tym była zrozumiałem, że dziennikarz mówi to wszystko poważnie. Nie będę opisywał mojej reakcji, gdyż była ona bardzo brutalna, a ten idiota nawet nie zauważył, iż mój przyjaciel detektyw rejestruje wszystko. Zaproponował mi też honorarium w wysokości 200 zł za „wspólne napisanie książki o Rosjanach”. Spytałem tylko, czy z Ruskimi też współpracuje, bo współpracował z CBŚ, CBA, ABW i SKW, które wzięło go w spadku po WSI. I ta współpraca uratowała go, gdyż nikogo nie zainteresowała moja opowieść. Nawet pewnego prokuratora.Z przerażeniem widzę, że ten „dziennikarz” jest „gwiazdą” wśród Polonii. Kilka miesięcy temu, miałem z kims spotkanie i przypadkiem wpadłem na niego. Pił kawę ze znanym wysokim oficerem WSI. Obaj na mój widok spanikowali i uciekli. Aha, nie jest to osoba, o której pomyślicie, więc proszę bez nazwisk.

Chcę być zrozumiany właściwie, nie krytykuję dziennikarstwa w ogóle, bo znam wielu wspaniałych dziennikarzy, znanych i mniej znanych. Pokazuję tylko, że mit „dziennikarstwa śledczego” został stworzony w określonych celach. Pamiętam z kontrwywiadu, w jaki sposób mafie, politycy, a nawet wywiady walczyły ze sobą, wykorzystując właśnie dziennikarzy. Nie zawsze się strzela. Czasem warto pograć inaczej. Na przykład poprzez znajomych żurnalistów wypromować kogoś, kto stworzy ochronę operacyjną lub polityczną. Przeanalizujcie też tematy, za które „dziennikarze śledczy’ nie chcą się brać, albo wciskają określoną narrację i znajdziecie odpowiedź. Przykład? Morderstwo Polki w Egipcie, układ wrocławski, autostrady. Nie wymieniam dalej. Wystarczy.