W jakiej kondycji są lasy w Polsce? Gdyby zapytać o to najbardziej rozkrzyczanych ekologów, okazałoby się, że lasy są topnieją w oczach, a wszystkiemu winni są leśnicy, którzy działają na szkodę przyrody. Jeśli jednak spojrzymy w rzeczywiste, twarde dane, wówczas klaruje się zupełnie inny obraz. Niestety nadal trafiają się „fachowcy”, którzy wiedzą lepiej, a wręcz najlepiej, co dzieje się ze stanem lasów w Polsce. Warto takie przypadki rozkładać na czynniki pierwsze, by dojrzeć, jak wielkie manipulacje potrafią wchodzić w grę.

Aby mieć pewność, w jakim stanie są polskie lasy, należy czerpać informacje nie z naszpikowanych emocjami wpisów ekologów, lecz z rzetelnych statystyk, jakie publikują np. Lasy Państwowe lub polskie nadleśnictwa. Są to oficjalne podmioty, zobligowane do tego, by przedstawiać dane zgodne ze stanem rzeczywistym. A jak wygląda ów stan obecnie? Wbrew obawom co niektórych fundacji całkiem obiecująco.

Polskie lasy w świetnej kondycji

Według oficjalnych danych, jakie przedstawiają Lasy Państwowe, lesistość w kraju konsekwntnie się powiększa. Obecnie wynosi ona 29,6 proc. Jest to niemal jedna trzecia powierzchni naszego kraju. Wszystko wskazuje na to, że uda się osiagnąć założony długofalowy cel, jakim jest zwiększenie lesistości Polski do 33 proc. w 2050 r. Jest to założenie Krajowego Programu Zwiększania Lesistości. Z danych jasno wynika, że mimo tak potępianych przez ekoterrorystów wycinek (które są w pełni zaplanowane, uzasadnione i kontrolowane), ilość drzew w polskich lasach nie tylko nie zmniejsza się, ale i jest coraz większa. Lasy Państwowe produkują każdego roku ok. 750 milionów sadzonek, a powierzchnia szkółek leśnych wynosi obecnie aż 1824 ha.

Dane te wyglądają bardzo optymistycznie, jednak nie dla wszystkich. Są pewne „zielone” postacie, które próbują podważyć ciężką pracę polskich leśników. Do takich osób należy między innymi Antoni Kostka, czyli człowiek reprezentujący jedną z największych fundacji proekologicznych – Fundację Dziedzictwo Przyrodnicze.

Posiedzenie szyderców

Antoni Kostka na swoim Facebooku zamieścił post, który trudno odczytać inaczej niż w sposób ironiczny. Wpis jest opatrzony zdjęciem na którym widać Kostkę siedzącego wraz z drugą osobą przy niewielkim, okrągłym stoliku. Mężczyźni w rękach trzymają kubki, zapewne z kawą lub herbatą. Wszystko to ma miejsce przed drewnianym budynkiem z tablicą, na której napis informuje: Projektowany Turnicki Park Narodowy. Rada Naukowa”. Z kolei podpis dla postu brzmi: „Posiedzenie Rady Naukowej Turnicki Park Narodowy projektowany”. Są także podane dwa tematy obrad.

Punkt pierwszy opiera się na przeglądzie kadr Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Krośnie. Chodzi przede wszystkim o analizę członków pod kątem planowania poszerzania obszarów chronionych na Podkarpaniu. Drugi punkt jest jeszcze bardziej bezczelny, gdyż obecni na zdjęciu mężczyźni chcą stworzyć „kursy reedukacyjne dla wybranych rokujących podkarpackich leśników”. Tym samym wprost zarzucają polskim leśnikom brak kompetencji, a jeśli już znajdą się tacy, którzy faktycznie mogą znać się na rzeczy (są rokujący), to i tak wymagają wielu przygotowań i kursów. Wisienką na torcie jest zaś fakt, że całe posiedzenie kręci się wokół Parku Narodowego, który tak naprawdę nie istnieje. Nie ma przecież Turnickiego Parku Narodowego.

Zanim jednak czytelnicy Facebooka z entuzjazmem przyklaszczą „ekspertowi”, warto, by uzmysłowili sobie, kim tak naprawdę jest Fundacja Dziedzictwo Przyrodnicze i jakimi brakami kompetencji zasłynął sam Antoni Kostka.

Mistrz złotych interesów

Warto mieć na uwadze, że człowiek, który jest mózgiem Fundacji Dziedzictwo Przyrodnicze, to biznesmen. Dlatego też fundacja jest swoistą maszynką do zarabiania pieniędzy. Pod przykrywką pięknych idei i deklaracji, kryją się pieniądze. Ciekawym przykładem typowego interesu, który obnażył materializm Kostki, jest produkcja soków.

Otóż, słynny ekolog stworzył linię soków jabłkowych, które powstawały jedynie z pradawnych odmian jabłoni, rosnących w samym sercu Bieszczad, w lasach tak dziewiczych, że tamtejsze drzewa nigdy nie miały najmniejszego kontaktu z nawozami chemicznymi. Jak łatwo się domyślić, takie soki były nie tylko wyjątkowo zdrowe, ale i dość drogie. Można byłoby to zrozumieć, gdyby… faktycznie były one dokładnie takie, jak je reklamowano.

Ostatecznie sprawa z sokami zakończyła się w sądzie. Wszystko dlatego, że złoty interes okazał się zwykłym oszustwem i nabijaniem ludzi w butelkę. Ekspertyza wykazała, że stężenie pestycydów w tych rzekomo zdrowych sokach wielokrotnie przekraczało dopuszczalne normy. Interes trzeba było zlikwidować.

Podejrzane zbiórki

Jak najłatwiej może zarobić fundacja? Na przykład poprzez organizację zbiórek. A jeśli nie za bardzo jest ku temu powód, zawsze można go zdobyć. A nawet stworzyć. Tak jak gniazdo, które rzekomo miało należeć do orlika krzykliwego, ptaka znajdującego się pod ochroną.

Na jednym z drzew przeznaczonych do wycinki członkowie fundacji „znaleźli” takie właśnie gniazdo i szybko podnieśli krzyk o złych i bezdusznych leśnikach, którzy chcą zniszczyć dom orlika krzykliwego. Cała historia jednak dość szybko się wyjaśniła. Na miejsce wezwano eksperta ornitologa, który bez wątpliwości stwierdził, że znalezisko jest wytworem człowieka, a nie ptaka. Poznał to m.in. po wykorzystanych gałęziach, które były ewidentnie cięte, po nietypowej konstrukcji, a nawet po tym, że w gnieździe nie dało się znaleźć nawet najmniejszych śladów obecności jakiegokolwiek ptaka, nie mówiąc o tym, że lokalizacja gniazda uniemożliwiała dostęp potencjalnemu orlikowi.

W tym wypadku sprawa również znalazła swój finał w sądzie. Wygrali ją leśnicy. Zanim to jednak nastąpiło, Fundacja zebrała środki ze specjalnie utworzonej zbiórki, na mocy której chciała utworzyć strefy ochronne orlika krzykliwego. A potrzeby na ten cel były niemałe, bo, zdaniem fundacji, utworzenie jednej takiej strefy wymagało nakładów finansowych w wysokości 1200 zł. Co ciekawe, w rzeczywistości utworzenie takiego miejsca jest bezpłatne i każdy może złożyć odpowiedni wniosek w tym celu do RDOŚ.  Na co więc poszły wszystkie uzbierane pieniądze?  A warto zaznaczyć, że zbiórka na orlika krzykliwego była tylko jedną z kilku.

Gawry widmo

Inna głośną sprawą, z którą związana jest Fundacja Dziedzictwo Przyrodnicze wraz z Antonim Kostką, wiąże się z kwestią miejsc gawrowania niedźwiedzi na terenie Nadleśnictwa Lutowiska. Sprawa jest dość skomplikowana i tak naprawdę trwa do dziś. Kręci się wokół „potencjalnych miejsc gawrowania”, które stały się kością niezgody między fundacją a Lasami Państwowymi. Leśnicy nie mogli realizować ustalonych wcześniej planów, które uwzględniały obecność niedźwiedzi i potencjalnych miejsc ich gawrowania, jednak Fundacja i tak zażyczyła sobie utworzenia stref ochronnych.

Sprawa trafiła do sądu i trwa do dziś. Po drodze zadbano o to, by nagonka na Lasy Państwowe objęła media nie tylko w Polsce. Dziwnym przypadkiem negatywne teksty pojawiły się na kilku obcojęzyzcznych portalach w tym samym czasie, by zaraz potem trafić na polskie strony internetowe.