Kiedy Polska wstępowała do Unii, byłem tego aktu gorącym choć naiwnym entuzjastą. Na kolanach witałem wszystkie pomysły płynące znad Renu, Skaldy i Sekwany, nawet te najbardziej szalone próbujące regulować kolory rumieńców na truskawkach i krzywizny bananów dopuszczanych do handlu. Wierzyłem, że im więcej unijnych ingerencji w polskie instytucje, tym lepiej dla kraju. W owym czasie swoją wschodnią tożsamość chciałem rozpuścić w zachodnim esprit, a własne polactwo schowałem głęboko do skrzyni z naftaliną.

Dzwonek w moim telefonie grał nieustającą Odę do radości, a w każdym oknie mego domu powiewała unijna flaga. Od tamtego czasu minęło trochę lat. Zmieniła się Polska, zmieniła Europa. Nasz kraj dzięki obecności w Unii wykonał wielki skok cywilizacyjny, a Unia oprócz hojnych dotacji zaczęła rozdawać kopniaki. Mam na myśli jej politykę: klimatyczną, energetyczną, imigracyjną.

Ze zdziwieniem przyjmowałem nowe brukselskie standardy, rozwój europejskich rajów podatkowych, handel emisjami co2, ekspansje Nordstreamów, wygaszanie atomu. Z jeszcze większym zdziwieniem obserwowałem ideologiczną ofensywę opartą na teoriach lewicowych filozofów i aktywistów paryskiego marca 68 roku. Duch nowej Europy objawił mi się przebrany w tęczowy kostium pajaca z obliczem Grety Thunberg wykrzywionym w nienawistnym grymasie.

Rosyjska agresja na Ukrainę sprawiła, że jeszcze bardziej zwątpiłem w europejski rozsądek. Na wierzch wylazły koniunkturalizmy i egoizmy najważniejszych państw sojuszu. Francja i Niemcy zdają się bardziej dbać o własne interesy, niż o przyszłość i bezpieczeństwo państw środkowoeuropejskich.

A przecież francuskie i niemieckie elity wiedzą, że ukraińska wojna nie jest, jakąś tam nieważną wojenką toczącą się na kresach kontynentu ale grą o przyszłość Europy i jej honor.

Lecz kogo dzisiaj obchodzi honor?

Zdaje sobie sprawę, że Polska rozpięta między wschodem a zachodem nie ma pola manewru, że rozsądek i racja stanu nakazują stać przy Unii, ale to gorzka wiedza, a mój entuzjazm dla Wspólnoty dopala się powoli, jak harcerskie ognisko po wieczornym capstrzyku. Dzwonek w telefonie nie wygrywa już radosnych melodii, a złoty blask gwiazdek na europejskiej fladze nie uwodzi oczu.

Jest jasne, że Ducha tradycyjnych wartości charakteryzujących Stary Kontynent będę mógł znależć już tylko w gotyckich katedrach i klasycznej Literaturze.

Zaś czytelnikom tego felietoniku zwierzę się, że pochopu do dzisiejszych niewesołych zapisków dodała mi lektura książki S. Maraiego pt. „Porwanie Europy”. Książkę dostałem od niezawodnej tłumaczki i propagatorki spuścizny węgierskiego klasyka. – Irena Makarewicz . Dziękuje!

Przytoczę fragment zapisków Maraiego, który być może zachęci Państwa do dalszej lektury.

Cyt: „Przyzwyczailiśmy się, że Europa ojczyzna Rozumu, Ducha i Logiki …będzie naszą inspiracją. Jeżeli Europa nie może albo nie chce pełnić tej roli, jeżeli uporczywie upiera się przy innego rodzaju rolach…, to my wszyscy, którzyśmy tu kiedyś przybywali – z tyloma oczekiwaniami i z taką miłością, wracać będziemy do domu z pustymi rękami”.

W przytoczonym cytacie, dopuściłem się małej manipulacji – podmieniłem słowo Francja na Europa ale sądzę, że ta zamiana nie zmienia lecz jeszcze dobitniej podkreśla sens myśli pisarza.

Marai pisząc Francja – myślał Europa. Jego tekst został napisany w 1946 roku i jest proroczy. Dzisiaj widać, że Europa abdykowała z tronu na którym kiedyś zasiadała z dumą, dzierżąc w dłoniach królewskie atrybuty: Honoru, Rozumu, Prawa. Europa z roli Króla stoczyła się do roli błazna i pajaca.

Marai napisał tekst proroczy, a Szarek prorokuje, że w tym roku też wróci znad morza z pustymi rękami. Ahoj!

Autor: Marek Szarek