Śmieszy mnie dziś biadolenie Macrona i eurokratów, gdy Trump postraszył osiem europejskich krajów wysokimi cłami. To teatralne oburzenie na Amerykanów, na ich „twarde stanowisko”, na politykę z pozycji siły.
Śmieszy mnie tym bardziej, że ten sam Macron bez mrugnięcia okiem forsuje w sposób siłowy umowę Mercosur, uderzającą w europejskich i polskich rolników. A potem poucza innych o „solidarności” i „wartościach” i na protestujących rolników wypuszcza uzbrojone policyjne oddziały z pałkami i gazem.
A jeszcze bardziej śmieszą mnie nasi antyamerykańscy politycy i ich bezmyślni wyznawcy, którzy przyklaskują Brukseli, Paryżowi i Berlinowii opluwając Trumpa, robiąc z niego niemal niepoczytalną osobę a jednocześnie udają obrońców polskiego interesu.
Kiedy presja przychodziła z Unii – milczeli. Gdy presja przychodzi z Waszyngtonu – nagle odkrywają, że „tak nie wolno”. A przecież to, co dziś administracja Trumpa robi wobec Unii Europejskiej, to nic w porównaniu z tym, co Unia robiła Polsce przez lata.
Tylko że Bruksela robiła to ciszej – językiem paragrafów, procedur i „wartości”.
Kary za „praworządność”.
Szantaż finansowy.
Blokowanie funduszy.
Zielony Ład narzucany wbrew interesom państw.
ETS jako narzędzie drenowania gospodarki.
Wymuszanie durnych ustaw pod dyktando Berlina i Paryża.
A do tego przejęcie całych sektorów polskiej gospodarki, gdzie sztandarowym przykładem były polskie cukrownie.
Pamiętacie? To nie była żadna „naturalna restrukturyzacja rynku”. To był schemat.
Najpierw wprowadzono unijne limity produkcji cukru i regulacje uderzające w polskie zakłady.
Potem systematycznie doprowadzano cukrowni do strat – przez decyzje administracyjne, wygaszanie produkcji, brak realnego wsparcia. A gdy zakład był już na kolanach, pojawiał się „inwestor strategiczny” – bardzo często niemiecki kapitał – i wykupywał polski majątek za grosze.
Nie ratowanie. Nie partnerstwo. Kolonizacja gospodarcza w białych rękawiczkach.
Cukrownie zamykano, linie produkcyjne likwidowano, całe regiony traciły miejsca pracy, a Bruksela nazywała to „dostosowaniem do rynku unijnego”. Rynek okazał się niemiecki. Straty – polskie.
To nie była współpraca równych państw. To była presja silniejszego wobec słabszego, tylko opakowana w europejską nowomowę.
I teraz, gdy Trump mówi wprost: albo uczciwe warunki, albo cła,
nagle Berlin i Paryż odkrywają, że „siła w polityce jest nie do przyjęcia”.
Elon Musk, jeden z kluczowych ludzi nowej administracji USA, nie owija w bawełnę i mówi otwarcie:
„Unia powinna zostać zlikwidowana, a suwerenność zwrócona poszczególnym państwom”.
I dodaje bez złudzeń:
„To nie jest demokracja, tylko biurokracja. Rządy nie wybieralnych urzędników.”
To nie są słowa internetowego prowokatora.
To są słowa człowieka, który ma realny wpływ na kierunek Waszyngtonu.
Rok temu administracja Trumpa zapowiedziała, że pomoże przywrócić Europę do normalności.
Dziś Europa krzyczy, bo zaczyna rozumieć, co to oznacza. Przez lata takiej siły, używano przeciwko Polsce, przeciwko Polakom, a dzisiaj sami się z nią zderzyli i kwiczą. I to nie koniec.Jeśli dziś administracja Trumpa mówi o budowaniu alternatywy dla skompromitowanego ONZ,
to my w Europie Środkowej powinniśmy mieć odwagę mówić o alternatywie dla Unii Europejskiej w obecnym kształcie.
Nie o chaosie i rozpadzie, lecz o realnej współpracy suwerennych państw- choćby w ramach Grupy Wyszehradzkiej czy szerszego bloku Europy Środkowej. Bo przyszłość nie należy do scentralizowanych molochów, tylko do tych, którzy potrafią w porę zbudować własny stół, zamiast czekać na resztki z cudzych salonów.
Zostaw komentarz