Kiedyś pewien mój dobry, i prawdziwy znajomy, którego od lat cenię za odwagę i bezkompromisową postawę w obronie wolności słowa, wypowiedział zdanie, które na długo pozostało mi w pamięci:
– Polityka jest brudną grą dla wytrzymałych zawodników.
Im dłużej obserwuję życie publiczne, tym częściej dochodzę do wniosku, że miał wiele racji.
Polityka potrafi być bezwzględna. Nie dlatego jednak, że z natury odrzuca wartości, lecz dlatego, że nieustannie ścierają się w niej interesy, idee, ambicje i odpowiedzialność za skutki podejmowanych decyzji. W tej grze nie wystarczy wygrać jeden pojedynek. Trzeba umieć myśleć o kilka ruchów naprzód. Dlatego polityka przypomina bardziej szachy niż ring bokserski. Najcenniejszy ruch nie zawsze jest tym, który robi największe wrażenie. Czasem jest niemal niezauważalny. Jego sens ujawnia się dopiero wtedy, gdy przeciwnik odkrywa, że od kilku posunięć poruszał się dokładnie po planszy, którą przygotował mu strateg.
Na tym właśnie polega różnica między taktyką a strategią.
Taktyka odpowiada na ruch przeciwnika. Strategia sprawia, że przeciwnik – często nieświadomie – zaczyna poruszać się zgodnie z naszym planem. A historia uczy, że największe zwycięstwa bardzo rzadko odnosili ci, którzy uderzali najsilniej. Najczęściej odnosili je ci, którzy potrafili najtrafniej przewidzieć rozwój wydarzeń.
Historia lubi płatać figle obserwatorom. To, co jednego dnia wygląda na chaos, kilka lat później okazuje się początkiem nowego porządku. To, co współcześni nazywają rozpadem, potomni nieraz opisują jako przebudowę. Bywa również odwrotnie – wielkie triumfy okazują się jedynie efektownym finałem procesu, który od dawna prowadził do porażki. Dlatego politykę warto oglądać z dystansu. Nie dlatego, by uciekać od emocji. Przeciwnie – po to, by nie pozwolić im przesłonić mechanizmów.
Media z natury koncentrują się na tym, co najbardziej widowiskowe. Odejścia, konflikty, konferencje prasowe, mocne słowa, sondaże. To zrozumiałe. Tak wygląda codzienność polityki. Problem polega na tym, że najważniejsze procesy bardzo rzadko przebiegają przed kamerami. Za każdym większym przesileniem kryje się bowiem pytanie znacznie istotniejsze od personalnych sporów: czy dotychczasowy sposób działania nadal odpowiada rzeczywistości?
To pytanie pojawia się w gospodarce, gdy przedsiębiorstwo traci przewagę konkurencyjną. W armii, gdy zmienia się charakter wojny. W nauce, gdy stare teorie przestają wyjaśniać nowe zjawiska. I w polityce, kiedy ugrupowanie po latach sukcesów staje wobec konieczności odpowiedzi na niewygodne pytanie, czy wystarczy poprawić kilka elementów istniejącej konstrukcji, czy trzeba przemyśleć ją od nowa.
W takich chwilach najłatwiej pomylić skutek z przyczyną. Obserwator widzi pojedynczy ruch. Strateg próbuje dostrzec całą partię.
Historia szachów zna wiele momentów, które uczą pokory wobec pochopnych ocen. Jednym z najbardziej znanych jest „Partia Stulecia”, rozegrana przez młodego Bobby’ego Fischera. W pewnym momencie jego ruch wydawał się niemal niewytłumaczalny. Patrząc na jedną pozycję, można było uznać go za błąd. Dopiero kilka posunięć później okazało się, że był elementem znacznie większej kombinacji.
Ta historia nie jest lekcją szachów. Jest lekcją myślenia. Największym błędem obserwatora jest ocenianie strategii po jednym ruchu. Strategię ocenia się dopiero wtedy, gdy widać, dokąd prowadzi. Podobnie dzieje się z polityką.
W okresach stabilizacji największą wartością wydaje się przewidywalność. W okresach zmian większego znaczenia nabiera zdolność dostosowania się do nowych warunków. Nie każda zmiana okazuje się trafna. Nie każda kończy się sukcesem. Ale każda jest próbą odpowiedzi na rzeczywistość, która przestała wyglądać tak jak wcześniej.
Dlatego warto odróżniać idee od sprawczości. Idee są potrzebne, bo wyznaczają kierunek. Program porządkuje cele. Hasła mobilizują ludzi. O wyniku decyduje jednak coś znacznie trudniejszego – sprawczość, czyli zdolność przełożenia idei na konkretne działania, a działań na trwałe rezultaty. To właśnie sprawczość odróżnia projekt od deklaracji.
W ostatnich latach Europa znalazła się w sytuacji, w której niemal wszystkie państwa muszą odpowiadać na podobne wyzwania: bezpieczeństwo, konkurencyjność gospodarki, transformację energetyczną, presję migracyjną, rozwój nowych technologii czy zmieniający się układ sił na świecie. W takich warunkach polityka coraz częściej staje się sztuką podejmowania decyzji w warunkach niepewności. Tym bardziej rośnie znaczenie umiejętności budowania trwałych instytucji, szukania porozumienia i dostosowywania strategii do zmieniającej się rzeczywistości.
Być może dlatego współczesną politykę najlepiej opisuje nie metafora teatru, lecz warsztatu.
W teatrze liczy się przede wszystkim przedstawienie. W warsztacie liczy się to, czy maszyna po złożeniu naprawdę działa. Wyborcy słusznie oczekują od polityków idei. Jeszcze bardziej oczekują jednak sprawczości. Bo państwa nie buduje się konferencjami prasowymi ani wpisami w mediach społecznościowych. Buduje się je decyzjami, które przynoszą efekty.
I być może właśnie to jest najważniejsza lekcja każdej politycznej zmiany. Nie warto zbyt szybko ogłaszać ani końca, ani zwycięstwa. Historia wielokrotnie pokazywała, że pojedynczy ruch bywa zrozumiały dopiero wtedy, gdy zobaczymy całą partię.
Za każdym działaniem, które ma przynieść trwałe i pozytywne skutki, stoi zazwyczaj znacznie głębszy namysł, niż dostrzegamy w chwili jego podejmowania. Strategia rzadko odsłania się w pierwszym ruchu. Najczęściej staje się zrozumiała dopiero wtedy, gdy widać jej konsekwencje. Kulisy wielkich rozstań poznajemy czasem dopiero po latach, gdy następuje nieoczekiwany powrót lub odbudowa tego, co wydawało się bezpowrotnie utracone. Bywa jednak i tak, że nie poznajemy ich nigdy. Historia pozostawia nam jedynie rezultat.
A może właśnie w tym kryje się istota sprawczości.
Jej celem nie jest samo rozstanie ani zmiana układu sił. Celem jest stworzenie warunków, w których możliwe staje się osiągnięcie tego, czego wcześniej osiągnąć się nie dało. Gdy to się udaje, sam proces schodzi na drugi plan, a pozostaje jedynie efekt. I być może właśnie dlatego najważniejszych ruchów nie należy oceniać w chwili ich wykonania, lecz dopiero wtedy, gdy cała partia dobiegnie końca. Zaś hetman bywa również kobietą, choć historia często ubiera go w szaty rycerza.
Bo w polityce, podobnie jak w szachach, o wartości ruchu nie decyduje figura, którą poświęcono, lecz partia, którą dzięki temu udało się wygrać.
Post scriptum
I być może właśnie dlatego nie warto zbyt szybko ogłaszać ani końca, ani zwycięstwa. Największym błędem obserwatora nie jest to, że źle ocenia polityków. Największym błędem jest przekonanie, że już po pierwszym ruchu zna wynik całej partii. Historia wielokrotnie pokazywała, że pojedynczy ruch staje się zrozumiały dopiero wtedy, gdy zobaczymy całą partię.
Historia ma tę przewagę nad komentatorami, że zawsze widzi całą partię. Ale… W polityce najtrwalszą wartością pozostaje niezależność myślenia – bo tylko ona pozwala podejmować decyzje w zgodzie z własnym przekonaniem o dobru wspólnym, niezależnie od chwilowych układów i emocji. Grunt to duchowa niepodległość.
Człowiek, który zachował wolność myślenia, może przegrać niejedną bitwę, ale nie przegra samego siebie. A od takich ludzi zaczyna się każda trwała zmiana.
Zostaw komentarz