– Tęsknię bardzo za Rumunią powiedział stary Rumun i spojrzał w niebo. Też macie tutaj nasze Karpaty, widać nawet z okolic Parku Pokoju. Ale mniejsze i takie jakby dogorywające. Nie to co nasze rumuńskie, wyniosłe Negoiu i Moldoveanu – ponad dwa i pół tysiąca metrów – westchnął stary Rumun gdy wręczyłem mu puszkę Harnasia.

– Pij pan, to piwo przypomni panu o ojczyźnie, za którą tak pan tęsknisz. Sam bym tęsknił i w sumie tęsknię, bo wiesz pan – ja jestem takim kryptorumunem – odważyłem się na swoisty kaming aut.

– Byłeś pan kiedyś w Rumunii? – zapytał stary Rumun.

– Po wielokroć! – krzyknąłem i zacząłem długą litanię miejsc i sytuacji w jego rodzinnym kraju.

– Wystarczy – przerwał stary Rumun moją opowieść. – Nie ważne w ilu miejscach pan byłeś, ale czy zrosłeś się pan z rumuńskim sercem? Tak fizycznie, nie tylko mentalnie? Poczułeś pan ducha naszego karpackiego kraju, doiłeś pan owce i kozy, chodziłeś w ubraniu pasterza, paliłeś pan Carpați (rumuńskie papierosy bez filtra, odpowiedniki naszych niegdysiejszych „Sportów” lub „Popularnych” – przyp. autor nieznany)?

– Poczułem i zrosłem się z duszą i sercem rumuńskim. Cred că înțeleg sufletul românesc! – odpowiedziałem. I jeszcze jedno – żaden Rumun nie spał na tylu dworcach kolei rumuńskich jak ja! – dopowiedziałem tryumfalnie. Trăiască căile ferate din România!

– Czyli chcesz pan zostać Rumunem? – zapytał starzec i odkroił kolejny kawałek sera owczego, stanowiącego jego zasadniczy posiłek. Chcesz pan czy nie? – powtórzył.

– Nie, wolę pozostać kryptorumunem, takim ukrywającym się i poszukującym własnej drogi. Nieujawniającym się zbytnio.

– Dupa, nie Rumun – żachnął się starzec. – Nie jesteś zatem prawdziwym Rumunem – stwierdził nieco zawiedziony. Po co to całe pajacowanie zatem – zapytał.

– Panie Rumun, trochę szacunku dla mojej pokręconej tożsamości poproszę. Jest tak krucha i niestabilna, że jednym złym słowem można wywołać prawdziwą lawinę w mojej psychice. A lepszego ambasadora Rumunii w moim kraju nigdzie i tak nie znajdziecie – oznajmiłem starcowi.

– Îmi pare foarte rău, nu am vrut să te jignesc. (Bardzo przepraszam, nie chciałem pana urazić) – powiedział jakby od niechcenia stary Rumun. – Ale dlaczego tak bardzo panu zależy na byciu Rumunem, choćby w wersji krypto-?

– Bo w Rumunii można się skutecznie schować, kraj górzysty, nie to co płaska jak stół Polska. Schować się można tam ze swoimi marzeniami i lękami. Swoje lęki już jako tako oswoiłem, ale z marzeniami sobie nie radzę. Wciąż rosną i rosną, rozkwitają przepięknie i niestety po jakimś czasie więdną.

– Znam to uczucie – powiedział stary Rumun – też kiedyś chciałem mieć białą Dacię, jak wszyscy Rumuni. Koniecznie białą, żeby się nie wyróżniać. I mieszkanie z toaletą, żeby nie wychodzić w zimowe noce na podwórku i nie zamarznąć przy sikaniu.

– Pan mnie nie rozumiesz, moje marzenia są metafizyczne. Dotyczą sfery duchowej. – odpowiedziałem starcowi. Moje marzenia są tak bardzo skryte, że czasem ukrywają się przede mną miesiącami i latami. Bywają też niebezpieczne. Ale jakoś nie potrafię ich znielubić.

– W Rumunii też mamy takich wariatów jak pan – zaśmiał się stary Rumun. Żyją sobie spokojnie pośród nas i nikt im krzywdy nie robi. Znajdzie pan u nas zrozumienie. Cieszyński wariacie, pseudorumunie – dopowiedział pieszczotliwie.

– To kiedy pan wracasz do Rumunii? – zapytałem. Bo wie pan, są już oficjalne i nieoficjalne skargi na pana obecność w parku. Zajmujesz pan ławkę emerytów, którzy od zakończenia II wojny światowej tam zawsze przesiadywali. Była ona przez nich dożywotnio zasiedziana, a tymczasem okupuje ją włochaty Rumun w kożuchu zajadający się owczym serem. Ta ławka była dla nich jakby przedgrobem. Nie wiem jak mam to panu inaczej wyjaśnić – powiedziałem.

– Przedgrób? – zapytał starzec. U nas, w Rumunii, inaczej się umiera. Nie ma granicy między życiem i śmiercią. Jest ona zatarta metafizycznie i poprzez opowiadanie bajek o śmierci już najmniejszym, kilkuletnim dzieciom. Dzięki temu nawet nie wiemy kiedy umieramy. Wie pan jak u nas definiuje się życie? – zapytał starzec.

– No jak? – odpowiedziałem.

– Życie to umieranie rozłożone na raty. Ale ta śmierć jest konieczna, by osiągnąć życie nieskończone. Dlatego żyjemy dla śmierci i nie dbamy o siebie zanadto. Całe to gadanie o zdrowym trybie życia jest żałosne. Lepiej wyhuśtać się kilka lat wcześniej ale z honorem niż żyć w trybie sportowym ze spiętymi pośladami kilka lat dłużej.

Kolejna już wizyta u starego Rumuna, żeby przekonać go do powrotu do swojej ojczyzny skończyła się na rozmowie o życiu i śmierci. No cóż.