To był dosłownie moment, gdy siedząc na dworcu kolejowym w miejscowości Záhony na Węgrzech (kadłubowych), w oczekiwaniu na pociąg do Czopu po ukraińskiej stronie granicy, wyzerowano mi na jakiś czas tożsamość. Zrobiono to w sposób zaplanowany, metodyczny i niezwykle złośliwy. Musieli za mną od dłuższego czasu jeździć i zastanawiać się gdzie najlepiej spróbować mi odebrać tożsamość. Na którą tyle lat pracowałem lub przynajmniej udawałem, że pracuję. Pierwsze przymiarki poczyniono już w okolicach Sátoraljaújhely, obok piekarni. Czułem, że jestem bacznie obserwowany i od czasu do czasu jeden z tych złodziei tożsamości podchodził do mnie i głaszcząc mnie po plecach jak psa szeptał po wielkowęgiersku: wszyscy kochamy kapibary. Wiedząc, że to nieprawda, odsuwałem się od niego na drugi koniec ławki licząc na to, że między nas usiądzie ktokolwiek, kto przyjmie te podejrzane głaski na siebie.

W Záhony występuje przedziwne zakrzywienie czasoprzestrzeni. Coś, co się zaczyna od razu się kończy, a coś co się kończy de facto się dopiero rozpoczyna. Okolica dworca kolejowego tworzy coś w rodzaju Trójkąta Bermudzkiego. Można tam nagle zaginąć i równie cudownie się odnaleźć. W miejscowym sklepie, zanim skradziono mi na dwa dni tożsamość, kupiliśmy z kolegą chleb i salami. Trzy rodzaje salami, takiego tłustego, ociekającego tłuszczem zmieszanym z papryką i rzewnymi łzami po Wielkich Węgrzech. Jedliśmy w ciszy, na smutno popijając ten prowizoryczny posiłek czerwonym winem zakupionym na dworcu kolejowym w Szerencs. Komunikaty dworcowe na Węgrzech poprzedzane są takim charakterystycznym dźwiękiem w rodzaju trutututu-trutututu-tralala. No i obowiązkowo pociąg musi być spóźniony, bo jak przyjedzie na czas, to spóźnią się na niego ci wszyscy, którzy od lat przychodzą na pociąg jakieś pół godziny po planowym odjeździe. Gdyby tak w tej części Europy pociągi zaczęły jeździć planowo, zawalił by się cały system społeczny i musiano by ogłaszać przedterminowe wybory.

Jadąc pociągiem z Záhony do Czopu przekraczałem granicę świata sowieckiego. Nagle przed moimi oczami pojawiły się malowane krawężniki, wszechobecne komunikaty o zakazie tego i tamtego, spoceni faceci w czarnych skórzanych kurtkach i psy z poobcinanymi ogonami. Do tej pory nie rozumiem, dlaczego w tej części świata amputowano psom ogony. Już wtedy docierało do mnie, że odebrano mi tożsamość i że mogę sam siebie zidentyfikować tylko pod warunkiem, że zajrzę do swojego (?) paszportu. Czułem się niekomfortowo siedząc przy bladobiałym świetle w hotelu na skraju łóżka z pościelą wielokrotnego użytku, to jest zmienianą raz na dziesięciu gości, patrząc w telefon, który nagle zgasł i nie dawał się naładować. Czułem wtedy to wszystko, albo nawet więcej, co słynny marynarz z Zakarpacia, który nigdy nie wsiadł na statek, choć z książek posiadł olbrzymią wiedzę na temat marynarki. Nie wsiadł na statek, bo w tak zwanym międzyczasie granice zostały inaczej wyreżyserowane i już niemożliwym było swobodne podróżowanie z Ungvaru (Użgorodu) do Fiume (Rijeki), gdzie zacumowaną jedną jedyną łódź podwodną marynarki wielkowęgierskiej. Wojna wszystko popsuła. Zwłaszcza Węgrom świat się zawalił.

Epicentrum tego geopolitycznego trzęsienia ziemi znajduje się w jednej małej wiosce. W Slemencach. Po węgiersku Szelmenc, po ukraińsku Селменці. Odkąd ta niepozorna miejscowość została rozpruta na dwie części w sposób najbardziej barbarzyński jaki można sobie wyobrazić między Czechosłowację a ZSRR, administracyjnie dzieli się na Małe Slemeńce (po stronie ukraińskiej) i Wielkie Slemeńce (po stronie słowackiej). W tych wielkich mieszka niecałe 600 osób, w tych mniejszych około 200. Po jednej i drugiej stronie większość stanowią Węgrzy. Generalnie problem Węgrów polega na tym, że na obszarze odpowiadającym województwu opolskiemu żyją oni w… czterech państwach (Węgry. Słowacja, Ukraina, Rumunia).

Ja już nie powinienem jeździć w takie miejsca. Ciechocinek, Kudowa-Zdrój owszem, ale nie takie wyjazdy. Za każdym razem cudownie powracam stamtąd, choć trudno wytłumaczyć powody, dla których tak się właśnie dzieje. Nie potrafię się jednak uwolnić od jeżdżenia na wschód i na południe. Za zachód mnie nie ciągnie. Nawet jakby mi płacili za jeżdżenie, nie pojechałbym do takiej np. Belgii i Holandii. Raczej bym sam zapłacił, żeby mi tam nie kazali jechać. Co innego do Rumunii, Ukrainy, Serbii, Bośni czy Macedonii. Uwielbiam siadać na tamtejszych dworcach i nasiąkać miejscową atmosferą. Po powrocie zwąchuję przepocone w tamtejszym klimacie koszulki i długo nie pozwalam im się wyprać.

Myślę, że na Zakarpaciu powinna powstać wielka stocznia, w której budowano by statki, którymi można byłoby drogą lądową pływać między Wielkimi i Małymi Slemeńcami.