Wczesne lato AD 1974. Po maturze w liceum, wtedy imienia Majakowskiego, zdaję na kulturoznawstwo we Wrocławiu. Uniwersytet tamtejszy też miał ciekawego patrona, Bolesława Bieruta…

Ośmiu kandydatów było na jedno miejsce a ukończenie takiego kierunku z pewnością obecnie gwarantowałoby zasiłek zwany kuroniowką. Na szczęście mi się nie udaje.

Postanawiam rok przeczekać i zarabiać. Przyjmuje się do Magazynu Technicznego starej Bawełny, czyli Zawierciańskich Zakładów Przemysłu Bawełnianego.

Jeżdżę z materiałami wózkiem typu koza, rozbijam gąsior z acetonem, czy tam amoniakiem, wreszcie szczyt perfekcji. Przybijam gwoździa zamiast młotkiem dwukołowym odważnikiem. Ale była jazda!

Kciuk spuchł jak bania.

I wtedy kierownik Radiostudia Fabrycznego Józef D, znany również pieśniarz dansingowy przeczytał przez megafony, „ciekawostkę”. Mają wprowadzić kartki na cukier. Była to jednak informacja tajne przez poufne, pochodząca z biuletynu partyjnego.

Wyleciał w trymiga. Po 30 dniach bycia robotnikiem magazynowym trafiłem na jego miejsce. Mogłem więc mówić co chce, czyli po ile są ziemniaki w Radzie Zakładowej, ogłaszać konkurs za co kochamy Kraj Rad oraz biegać starszym kolegom po wódkę.

Puste butelki chowaliśmy w segregatorach. Aha, graliśmy jeszcze w pokera na pieniądze oraz strzelaliśmy z wiatrówki do portretów ówczesnych przywódców. Więcej grzechów nie pamiętam.

Po roku zdałem na studia dziennikarskie do Katowic. To już jednak temat na inne opowiadanie.

Zbigniew Zew Wieczorek