Wysluchałam wystąpienia pana ministra spraw wewnętrznych. Pan minister wymienił rosyjskich udziałowców w naszych największych i najważniejszych spółkach i albo ich wywalił, albo nakazał wywalenie.

Potem dziennikarze mieli zadawac pytania. Ale zadał tylko jeden i tak nieistotne, że nawet nie zapamietałam, o co zapytał. Jako dziennikarka zadałabym pytanie, niekoniecznie słuszne, ale interesujące zwyczajnych ludzi, tych którzy ponoszą konsekwencje finansowe (materialne) sankcji nakładanych na Rosje, czyli podwyzki cen i inflacji. Co zwyklych obywateli boli coraz bardziej, obniża ich i tak niewysoką „stopę zyciową”, a niekiedy odbiera mozliwosc tego, co patetycznie okresla sie „szansą na godne zycie”. Mniej patetycznie – utrzymania sie na powierzchni codziennego bytowania.

Zapytałabym więc, czy ci udzialowcy, wkladajacy ogromne pieniadze i majacy ogromne zyski płaca podatki do polskiego skarbca? Jesli tak, to ile od nich tej cennej forsy otrzymujemy? I ile tej forsy stracimy, jesli ich wywalimy ze spółek. Jak na takim 'wywaleniu” liczacych sie udzialowców 'wyjdą” same spółki. Czy i ile stracą. Czyli ile my stracimy.

Sankcje maja zaglodzic Rosje. Ona i tak jest zaglodzona i sadzac chocby po tym, co dla zolnierzy rosyjjskich jest cennym lupem (np. zegarki, telefony komorkowe, komputery i to niekoniecznie najnowoczesniejsze) wnioskuje, ze Rosjanie na prowincji rosyjskiej zyja biednie lub nedznie.

Czy sankcje zaglodzą wiec Rosje? Nie. Moze dotkną (ale tylko nieco) Putina and company, ale raczej prestizowo niz materialnie. Ludzie beda zyli jak wczesniej – czyli kiepsko.

Ale za to my zaglodzeni zostaniemy na pewno. Bo nam sie jednak po wyzwoleniu z komunizmu polepszylo znacznie. A teraz nam sie znacznie pogarsza. Nie tym, ktorzy zarabiaja po 8 tysiecy (ze nie wspomne o tych ktorzy zarabiaja po kilkadziesiat czy kilkaset tysiecy) , ale tym, którzy maja miesieczne dochody po 2-3 tysiace. Dla takich sankcje Unii nakładane na Polskę + sankcje nakladane przez nasz rzad na Rosje zaglodzą tych najnizej uposażonych na pewno.

Pewnie, ze chciałabym upadku imperium rosyjskiego i to jeszcze przed puknieciem w nas jakąś chocby niewielka bomba atomowa. Ale tak rozumujac starym, doswiadczonym rozumem wydaje mi sie, ze nigdy z niczym nie nalezy przesadzać.

Rozumiem, ze milo byc prymuskiem, ale kiedy nasz rzad nieustannie sie chwali, ze jest prymusem we wszystkim: w liczbie przyjetych uchodżców i kwotach wydawanych na ich ugoszczenie, w sankcjach nakładanych na Rosje, w dokuczaniu Rosji na najrozmaitsze sposoby, w logistyce „turystyki politycznej” do Kijowa przywódców róznych państw i organizacji, w bojkocie rosyjskich towarów, w zablokowaniu eksportu do Rosjii (np, jabłek, co rujnuje polskich sadowników) itd itp, to gdzies budzi sie we mnie sprzeciw.

Co bedzie potem?

Inne kraje szybciutko nawiaza swoje nie do końca zerwane kontakty z Rosja. Nam w niczym nie odpuszcza. A jak Rosja puknie w nas bombka to jedynym ich zmartwieniem bedzie strona, w ktora wieje wiatr. Jesli nie w ich strone to wszystko ok.

Autor: Jolanta Makowska
Absolwentka socjologii UW, doktorantka Instytutu Pedagogiki, dziennikarka i publicystka m.in. Twojego Dziecka, „Przegladu Katolickiego”, „Przegladu Tygodniowego”, „Listu do pani”, redaktorka „Wiadomości o Senacie”, autorka książek dla dzieci, ksiażek wspomnieniowych, varsawianów oraz wielu powieści obyczajowych.