Tak się efektownie nazywał jedyny hollywoodzki film ekscentrycznego brytyjskiego geniusza kina, Kena Russella, ale nie chodzi mi o przedstawiony tam eksperyment w duchu SF wyzwalający w człowieku podkłady doświadczeń z okresu jaskiniowego. Uderzyła mnie trafność tego tytułu w odniesieniu do naszego polskiego, na pozór równie tajemniczego zjawiska całkowicie odmiennego postrzegania rzeczywistości przez żyjące w tym samym kraju, a kompletnie sobie obce grupy – społeczne? Ideowe? W obliczu 40 rocznicy wprowadzenia stanu wojennego odtwarzam w pamięci żywe i powszechne wówczas odczucie, że ci, którzy w interesie Kremla i własnej bandy wzięli się za mordowanie „Solidarności” nie mają nic wspólnego z nami, Narodem Polskim.

Mając w rodzinie, jak każdy, młodszych krewniaków nie mogących pamiętać ponurego snu stanu wojennego dawno już zrozumiałem, że tyle pojmują z naszych o tym opowieści, co ja z przeżyć mojej prababci Cecylii, na imieninach której nieodmiennie słyszałem, że „najlepiej się żyło za cara”. Bo i prawda, była żoną szanowanego strażaka (dziś kask mego pradziadka Teofila jest cennym eksponatem w warszawskim Muzeum Pożarnictwa), a po jego bohaterskiej śmierci w płomieniach carskie władze przyznały jej wysoką rentę pozwalającą wychować i wykształcić dzieci. Dzisiejszym młodziakom z jednej strony mącą w głowach wspomnienia dziadków, jak to pięknie się żyło za Peerelu, z drugiej komuna jawi się jako śmieszny teatr absurdu w filmach Barei, a wszystko to i tak brzmi w ich uszach jak prababcine „przed wojną”, co dla niej oznaczało piękne czasy sprzed …I Wojny Światowej.

No i teraz okazuje się, że my z tą swoją „Solidarnością” też żyliśmy w jakimś nieznanym, przedpotopowym świecie, a jak się jeszcze młody dowie, że wstrętny generał wprowadzając stan wojenny nie musiał odcinać nam internetu, bo go po prostu wówczas nie było – spojrzy na ciebie dinozaura z jawnym niedowierzaniem: „Co ten dziaders opowiada?…”.

To niezrozumienie pokoleniowe jest jednak zjawiskiem odwiecznym i naturalnym, natomiast złamanie kręgosłupa budzącego się do samodzielności narodu przez obcą mentalnie i pochodzącą z nadania wrogiego państwa bandę było na naturalnym rozwoju społecznym oczywistym gwałtem. Ja osobiście miałem tu jakby podwójną optykę, bo zrządzeniem losu studiując akurat w owych czasach reżyserię w sercu Imperium Zła, Moskwie, mogłem jednocześnie obserwować odbiór fenomenu „Solidarności” i przez sowiecki aparat, i przez zwykłych ludzi, których tenże los skazał na urodzenie się w owym Raju Krat, jak błyskotliwie zniekształcił polski poeta sloganowy „Kraj Rad”. Było nawet pismo o tym tytule, wydawane także po polsku, którego pracownik, w rzeczywistości funkcjonariusz KGB, pojawił się w moskiewskim akademiku w sierpniu 1980 r. rzekomo chcąc u mnie wziąć wywiad, by wytłumaczyć sowieckim czytelnikom, co się dzieje w Polsce. Żaden wywiad się rzecz jasna nigdy nie ukazał w druku, ale pozwoliło mi to spojrzeć na wydarzenia w kraju z innej perspektywy.

„Solidarność” to dla mnie nie były wieści o rozszerzaniu się ruchu ani zupełnie trzeciorzędny wówczas obraz uosabiającego go wąsacza (zdaje się, że w owym czasie nawet nazwisko Wałęsy nie utkwiło mi w pamięci), ale powszechne poczucie, że nagle wszyscy Polacy przejrzeli na oczy i są naprawdę solidarni w walce z otoczonymi zasłużenie powszechną pogardą „onymi”, co wyrażało się naprawdę w życiu codziennym – porozumiewawczymi uśmiechami w tramwaju, zwyczajną – a dotąd niezwyczajną – uprzejmością wzajemną ludzi na ulicy i w kilometrowych kolejkach, odrodzonemu z popiołów poczuciem godności.

Zapamiętałem takie oto charakterystyczne zdarzenie: stojąc w długiej kolejce do kas LOT-u po bilet do Moskwy, obserwowałem ze znużeniem, jak mundurkowe panienki z wyrazem chłodnego chamstwa na ładnych buziaczkach obsługiwały czekających pokornie klientów z ostentacyjną „urzędową” powolnością. I nagle z kolejki wychodzi starsza pani i zwraca się do młodej nabzdyczonej pindzi za kontuarem:

– Jak pani nie wstyd nosić znaczek „Solidarności” i załatwiać własnych rodaków tak, jak to robią komuniści?!
Dziewczyna w pierwszym odruchu obraca się po wsparcie do koleżanek, ale te nie patrząc na nią nagle robią się bardziej „ludzkie” i zauważalnie przyspieszają tempo obsługiwania klientów. Nieszczęsna dziewoja oblewa się purpurą pod potępiającym wzrokiem kolejki, ręce zaczynają jej dygotać, nie potrafi wydobyć z siebie głosu, by się jakoś obronić. I wtedy ta sama starsza pani zmienia się z surowego oskarżyciela w wyrozumiałego obrońcę:
– No tak, wiem, was tego przecież nie uczyli – że wszyscy jesteśmy ludźmi i mamy swoją godność… Nie martw się, dziecko, jak się przyłożysz, to zacznie ci wychodzić.

Z uśmiechem gładzi po głowie sponiewieraną dziewczyninę, która nagle też uśmiecha się promiennie, aż staje się naprawdę ładna i zaczyna się krzątać z taką energią, że kolejka przede mną zmniejsza się w błyskawicznym tempie. Wszędzie wokół uśmiechnięte życzliwie twarze… I to był ów odmienny stan świadomości, którego rządzący nami moskiewscy namiestnicy po prostu znieść nie mogli, bo całkowicie podważał on sens ich własnego istnienia. Co gorsza, „godził w sojusze” jak to ujmował ówczesny Kodeks Karny, więc i w Moskwie wyczuwało się rosnący zamęt i lęk przed polską zarazą buntu. Przywożone przez nas workami znaczki „Solidarności” nosili w szkole filmowej nasi koledzy nie tylko zawsze z Polską sympatyzujący Gruzini czy Estończycy, ale Kazachowie i Azerbejdżanie, ba, nawet Rosjanie! Mało było wyboru Polaka na papieża, to teraz to! No i się zaczęło…

Kiedy wyjeżdżałem 12 grudnia 1981 r. słynnym „Polonezem” do Moskwy, nie wiedziałem, że był to ostatni pociąg, jaki wyjechał z PRL. Po miesiącu zostałem wyrzucony ze studiów z „wilczym biletem”, gdyż mój profesor, światowej sławy reżyser Siergiej Gierasimow, odkrył, że mój scenariusz filmu dyplomowego był fa-szy-stowski! Parę dni później uratował mnie – sam o tym nie wiedząc – generał Jaruzelski! Przybył on właśnie do sowieckiej stolicy, by z dumą zameldować gensekowi o pomyślnym zdławieniu polskoj kontrrewolucyi i w wywiadzie dla „Prawdy” chlapnął beztrosko, że „100% polskich studentów uczących się w Związku Radzieckim popiera linię Partii w przywracaniu socjalizmu w ludowej ojczyźnie”. I nagle nazajutrz okazało się, że wcale nie jestem tak bezpowrotnie skreślony, bo wszak skoro „100%” to znaczy, że i ja, więc tylko musiałem napisać nowy scenariusz. Znany mi już „dziennikarz” otwarcie już proponował współpracę, obiecując w zamian szybki debiut i dyskretne wsparcie kariery. Kiedy odmówiłem i w 1982 r. znalazłem się z dyplomem reżysera w kieszeni na warszawskim bruku, nie znalazłem żadnej pracy i tylko dzięki wspaniałomyślności wielkiego Wojciecha Hasa mogłem zdobywać doświadczenie jako asystent reżysera przy filmach z jego zespołu „Oko”. Dorabialiśmy z żoną statystowaniem w TVP, przełażąc przez płot w miejscach słabiej pilnowanych przez żołnierzy w czerwonych beretach z kałaszami najeżonymi bagnetami.

Byli Oni – i my. Więc w naturalny sposób trafiłem do podziemnego ruchu wydawniczego i wówczas naprawdę mimo wszystkich restrykcji prawdziwa międzyludzka, polska solidarność trwała, pomagała rodzina i przyjaciele, nawet raz dostaliśmy świąteczną paczkę z Monachium, z prawdziwą kawą i czekoladą! Odnalazłem po latach jej nadawców, uroczych Bawarczyków, którzy podziwiali Polskę za samotną walkę z Imperium Zła. Ale nie czuliśmy się tak całkiem osamotnieni – to przecież wielki Ronald Reagan otwierał 9-odcinkowy program amerykańskiej telewizji pod nazwą „Żeby Polska była Polską”, w którym o solidarności z naszym krajem mówiły największe gwiazdy Hollywood, Kirk Douglas, Orson Welles, a Frank Sinatra śpiewał ludową piosnkę z Mazowsza – po polsku!

Może tak by należało opowiedzieć młodemu pokoleniu o naszej „chmurnej i durnej młodości” – jak o niesamowitej, ekscytującej przygodzie z Polską, Polakami i tymi, którzy pogrążeni w odmiennych stanach świadomości chcieli tę naszą Polskę – dumną, samorządną, niezależną – zniszczyć. Im się mimo wszelkich przewag nie udało i niech dzisiejsi wnukowie generałów targowiczan nie mają złudzeń – wam też się to nie uda!

10.12.2021

Autor: JERZY ANDRZEJ LUBACH, pseudonimy literackie: „Andrzej Poraj”, „Geoffrey Monk”. Polski pisarz, scenarzysta, publicysta, reżyser i producent niezależny, Prezes KINIKON Film Studio, autor kilkudziesięciu filmów dokumentalnych o tematyce historycznej. Od okresu stanu wojennego do końca PRL współpracownik niezależnego ruchu wydawniczego; publikował pod pseudonimem „Andrzej Poraj”. Obecnie publikuje w: „Kurier Galicyjski”, „Teologia Polityczna”, „Gazeta Polska”, „Gazeta Polska Codziennie”, „Studia i Materiały Centralnej Biblioteki Wojskowej im. Marszałka Józefa Piłsudskiego”

ODZNACZENIA   

– Krzyż Kawalerski Orderu Świętego Stanisława (Polska)

– Medal Za Zasługi dla Obronności Kraju (Polska)

– Odznaka „Za Zasługi dla Niepodległości” (Polska)

– Order Honoru (Gruzja)

– Medal 10-lecia Sił Zbrojnych (Ukraina)       

NAGRODY       

1996 Nagroda za reżyserię MFF  „ZOLOTOY VITIAZ” Moskwa

(Rosja) za film dokumentalny „W poszukiwaniu Białego Anioła” (52 min.,1995) wspólnie z Tamarą Dułaridze.

2008 Nagroda Specjalna Batumi International Arthouse Film Festival

(Gruzja) za film dokumentalny „W rogatywce i tygrysiej skórze” (57 min., 2007)

2008 Grand Prix za reżyserię, Saint Andrew’s Cross International Film Festival (Gruzja) za film dokumentalny „Matka Boska Pustynna” (43 min. 1999)

2010 Grand Prix za reżyserię, Saint Andrew’s Cross International Film Festival (Gruzja) za film dokumentalny „Zstąpienie do nubijskiego piekła” (20 min. 2008).      

UTWORY LITERACKIE WŁASNE

„Człowiek lustro”   (cykl 21 opowiadań, proza poetycka) 1975, Warszawa, „Nowy Wyraz” nr 12

„Ślachta”   (mikropowieść, groteska quasi-historyczna)1985, Warszawa, Magazyn Literacki „KURS”;  wydane poza zasięgiem cenzury pod pseudonimem „Andrzej Poraj”

„Być albo zabić”  (powieść kryminalna), 1991, Łódź, Wydawnictwo Łódzkie;  pod pseudonimem „Geoffrey Monk”

„Młodość King Konga” (powieść historyczna), 2008; pod pseudonimem „Geoffrey Monk” 

„Pancernik Serce” (powieść romantyczno-sensacyjna); 2017

TŁUMACZENIA

(z literatury rosyjskojęzycznej, publikowane poza zasięgiem cenzury pod pseudonimem Andrzej Poraj”)

Maksym Gorki – „Myśli nie na czasie”    (antyleninowska publicystyka Gorkiego z lat 1917-1918) 1985, Warszawa, Wydawnictwo „WIS”

Nikołaj Bokow (anonimowo)  – „Smuta najnowszych czasów, czyli Niezwykłe przygody Wani Czmotanowa”   (satyra polityczna, powieść o człowieku, który ukradł głowę Lenina z Mauzoleum na Placu Czerwonym) 1988,  Warszawa, Wydawnictwo „ANTYK”

Abdurachman Awtorchanow – „Od Andropowa do Gorbaczowa”  (analiza polityki następców Stalina)1989, Warszawa, Wydawnictwo  „BAZA”

Władimir  Rybakow – „Afgańcy” (dwie mikropowieści o sowieckich żołnierzach, pierwsza rosyjska książka o prawdziwym obliczu interwencji w Afganistanie)  1990, Warszawa, Wydawnictwo „BAZA”.

(utwory azerbejdżańskie tłumaczone z języka rosyjskiego)                                   

„Korogłu” – anonimowy azerbejdżański epos narodowy z XVII wieku o szlachetnym rozbójniku-poecie, 2013, Warszawa

„Księga mego dziada Korkuta” – azerbejdżański ludowy epos heroiczny przekazywany ustnie, zapisany w XV wieku; 2014, Warszawa

Vilayat Guliyev – „Tatarzy Polscy w służbie Azerbejdżanu” – poruszająca opowieść o wkładzie polskich Tatarów w walkę o niepodległość Azerbejdżanu w czasach jego pierwszej niepodległości (1918-1920), zakończonej inwazją sowiecką; 2014, Warszawa.