Są politycy, których pamięta się przez stulecia. I jest Jerzy Niemirycz – człowiek, który zamiast wybierać między Polską a Moskwą, próbował zbudować trzecią drogę dla Rusi.
Nie chciał powrotu dawnego porządku. Nie chciał oddania Ukrainy Moskwie. Chciał dla Rusi politycznej podmiotowości wewnątrz Rzeczypospolitej.
Dlatego jest dziś tak niewygodny.
NIE CZŁOWIEK OD UGODY, A ARCHITEKT PAŃSTWA
W 1658 roku zawarto unię hadziacką. Rzeczpospolita miała stać się państwem trzech członów: Korony, Litwy i Rusi. Z własnymi instytucjami, sądami, wojskiem i administracją.
To nie była kosmetyka. To była przebudowa państwa.
A Niemirycz nie był obserwatorem. Został kanclerzem Wielkiego Księstwa Ruskiego – człowiekiem, który miał to wprowadzić w życie.
Próbował powiedzieć coś, czego nikt nie chciał słuchać: nie Polska przeciwko Rusi, nie Ruś przeciwko Polsce, nie Ukraina pod Moskwą, ale wspólne państwo trzech narodów, gdzie żaden nie musi pożerać pozostałych.
W XVII wieku to była rewolucja.
KONOTOP I ZMARNOWANA SZANSA
W 1659 roku wojska Wyhowskiego, wsparte przez Polaków, Litwinów i Tatarów, rozbiły armię moskiewską pod Konotopem. Projekt hadziacki mógł przetrwać.
Kozacy tego zwycięstwa nie wykorzystali.
Zamiast obrony wywalczonej podmiotowości – bunt przeciwko Wyhowskiemu. Wyhowski obalony. A Niemirycz usieczony przez czerń kozacką. Przez tych, dla których wywalczył miejsce w Rzeczypospolitej.
W tym samym roku Kozaczyzna znów dała się zwieść piekielnemu nazwisku. Jerzy Chmielnicki zawarł z Moskwą drugą ugodę perejasławską i oddał Ukrainę pod but cara.
Hadziacz został przekreślony.
DRUGIE ZABÓJSTWO – PAMIĘCIOWE
Dla polskiej historiografii Niemirycz był zbyt ruski. Dla ukraińskiej – zbyt polski. Nie pasował do prostego podziału: Polska albo Ukraina. A właśnie na tym polegała jego wielkość.
Nie wiemy, czy Rzeczpospolita Trzech Narodów by przetrwała. Wiemy, że przez chwilę była możliwa. I że Niemirycz próbował ją zbudować.
Przegrał nie dlatego, że jego projekt był nierealny. Przegrał, bo był zbyt nowoczesny dla ludzi, którzy mieli go zrealizować.
Dlatego warto go wyciągnąć z przypisu. Nie jako polskiego ani ukraińskiego bohatera. Ale jako jeden z najśmielszych umysłów politycznych Europy Wschodniej – człowieka, który próbował wymyślić państwo, zanim jego epoka nauczyła się o nim myśleć.
Skąd wzięła się tu w artykule Ukraina? I do tego naprzemiennie – Ruś, Ukraina, Ruś… Czy to aby nie była wtedy tylko Ruś? U kraja były ziemie, jakieś… gdzieś, ale Ukraina? Gdzie?
Bardzo dobrze, że ktoś przypomina Niemirycza nie jako przypis do unii hadziackiej, tylko jako człowieka z konkretnym projektem ustrojowym. Mnie w tej historii zawsze uderzało to, że Wielkie Księstwo Ruskie miało mieć własny urząd kanclerski, skarb i wojsko – czyli nie chodziło o symboliczny gest wobec starszyzny kozackiej, ale o realne instytucje, które ktoś musiał rozpisać na urzędy, pieczęcie i kompetencje. Niemirycz był do tego przygotowany lepiej niż większość ówczesnych polityków: wykształcony w Lejdzie i Bazylei, obyty z ustrojem Niderlandów, wiedział, jak wygląda federacja, w której prowincje nie zjadają się nawzajem.
Zgadzam się też z tezą o „drugim zabójstwie”. Szkolne podręczniki po obu stronach granicy wolały prostą opowieść: albo bunt Chmielnickiego, albo obrona Rzeczypospolitej. Ktoś, kto mówi „trzy narody, jedno państwo”, psuje obie narracje naraz. A przecież Konotop pokazał, że ten projekt miał zaplecze militarne – zabrakło jedności wśród samych Kozaków, a nie siły.
Od jakiegoś czasu przygotowuję z uczniami małą makietę i planszową grę o latach 1658–1660, żeby pokazać, jak blisko było innego scenariusza. Najtrudniejsze okazało się oddanie klimatu epoki: faktura starego pergaminu do mapy, sukna na kontuszach, drewno kozackich czajek. Część tła do kart zrobiliśmy z pomocą narzędzia ai texture generator, a potem i tak poprawialiśmy wszystko ręcznie według rycin z epoki – ale dzieci od razu lepiej „wchodzą” w historię, kiedy plansza nie wygląda jak współczesny arkusz kalkulacyjny.
Najwięcej dyskusji przy stole wywołuje zawsze ten sam moment: śmierć Niemirycza z rąk ludzi, dla których wywalczył miejsce w państwie. To chyba najlepsza lekcja, jaką ta postać zostawiła – że dobre instytucje nie wystarczą, jeśli nie ma zgody tych, którzy mają w nich żyć. Dziękuję za ten tekst, warto go puścić dalej.