Wywiązała się otóż na ten temat publiczna dyskusja pomiędzy znanym publicystą, skądinąd niegdyś liberalnym dziennikarzem GW, a modnym na warszawskim salonie reżyserem.

Znany publicysta zwrócił uwagę, że większość ludzi wykonuje prace, których wykonywanie nie daje im żadnej satysfakcji i że być może uprzywilejowana (nie pochodzeniem, a rodzajem pracy) większość nie za bardzo ma tytuł, by mówić owej większości o etosie pracy (która nawet jak trwa 16 godzin na dobę jest super, bo pozwala się nam „rozwijać”).

W odpowiedzi publicysta ów usłyszał publicznie (sic!) rzuconą uwagę, że ma taką a nie inną lewicową wrażliwość, bo kiedyś był co prawda zamożny, ale teraz jest… biedny i już niemłody, a co więcej jest biedny z własnej winy (na czym owa wina miała polegać nas nie poinformowano). Publicysta by się „bronić” musiałby, co zrozumiałe, publicznie roztrząsać swój status materialny.

Nie podaję nazwisk obydwu rozmówców, choć uważam, że niedostatek nie jest powodem do hańby (sam byłem kiedyś bez pieniędzy i ani się tego nie wstydzę ani nie wstydzę się o tym mówić). Nie wiem jednak czy wspomniany znany publicysta się swojego niedostatku aby nie wstydzi. Uważam, że nie ma powodu, ale uważam też, że jeśli jest inaczej to moim obowiązkiem jest jego ew. inną niż moja wrażliwość uszanować.

Piszę o tym, bo jak sądzę wielu od razu odgadnie kto był drugim rozmówcą. I mam nadzieję, że pomyśli o nim dokładnie to, co ja pomyślałem przeczytawszy wyżej opisaną wymianę zdań.

Jako, że moja Mama czyta moje wpisy na facebooku nie podzielę się z Państwem opisem tego, co pomyślałem. Mama jest otóż z tego pokolenia, które nie lubi pewnych określeń, a inne niż dosadne by tu nie pasowały. Choć na pewno słowo „prymityw” by mi Mama wybaczyła.

P.S. Dodam tylko w tym miejscu, że wspominany reżyser uchodzi na antypisowskich salonach za wytrawnego komentatora polityki. Czyli jak rozumiem za eksperta od tego, jak pokonać PiS w wyborach.

Autor: Witold Jurasz
(tekst pochodzi z konta Witolda Jurasza na Facebook’u)