Niedawno opowiedziano mi na jakimś spotkaniu taką, ponoć wywodzącą się z autentycznej historii, anegdotkę. 

Było to na tyle dawno że prawie wszyscy, którzy nie żyli nazbyt poważnie w PRL i jeszcze nieco później, już dawno o tym zapomnieli. Ale jest jeszcze kilka osób, które tamte czasy dobrze pamiętają.

Do państwowego lekarza w przyszpitalnej przychodni, który znany był z przyjmowania i leczenia pacjentów najchętniej ze zdobytych przez nich z trudnością dewiz (kantorów wymiany walut oficjalnie dla szerokiej publiczności jeszcze nie było), przyszedł potrzebując fachowej porady, zmęczony i bardzo chory artysta operowy – śpiewak chóralny. Nieśmiało wyjął z kieszeni płaszcza i wręczył lekarzowi kopertę z odliczoną sumą. Przedstawiciel publicznej służby zdrowia spojrzał w jej zawartość i surowym tonem zdiagnozował: 

– Przecież to za mało! Co mi Pan tu daje? I oddał ją niedoszłemu pacjentowi. Ten odwrócił się, niechętnie wyjął portfel, dołożył mu do sumy w kopercie ile jeszcze mógł i podał ją ponownie lekarzowi. Ten znowu spojrzał w jej zawartość po czym wrzucił ją do szuflady, którą pospiesznie zamknął. Ale po chwili, widząc wzrok tak zażenowanego pacjenta, i zirytowany całą sytuacją, otworzył ją równie pospiesznie z powrotem, chwycił kopertę i nie patrząc na zdumionego petenta oświadczył: 

– A niechże Pan to sobie zabiera, i znika, takich groszy mi się tutaj nie przynosi. Artysta jednak jeszcze nie ustępował: 

– Ależ Panie doktorze, ja po prostu nie mam więcej… Wówczas lekarz szybkim ruchem wyjął z szuflady kopertę i rzucił nią w zaskoczonego człowieka, kończąc wizytę słowami: 

– Idź Pan już sobie i dajże mi święty spokój! Widocznie nie miał tego dnia ani zdrowia, ani ochoty do targów, już o leczeniu nie mówiąc.

– Tyle to możesz Pan dać szatniarzowi w operze, a co ja z tego mam mieć? Nie mówiono Panu ile się tutaj „należy“? – dorzucił jeszcze na odchodnym. Chory nic już nie odpowiedział, podniósł z podłogi kopertę i czym prędzej wyszedł.

– No to trudno… nie, nie mówiono ile się „należy“ – pomyślał.

Idąc do wyjścia czuł się jednak już co nieco uleczony, z całą pewnością ze wszystkich złudzeń. I jeszcze do tego miał dziwne wrażenie że coś jest jak gdyby niezupełnie tak samo jak przedtem. Coś się nie zgadzało. Zdecydowanie nie było to jednak zdrowie. Po wyjściu z przychodni stanął pod dużym słupem ogłoszeniowym i wyjął nieszczęsną kopertę. Z rosnącą ciekawością do niej zajrzał. Ku jego zdumieniu okazało się że znajdowała się w niej teraz bardzo poważna suma! Zdecydowanie o wiele razy większa od poprzedniej, bo zebrana w innych nominałach niż te, które chciał dać lekarzowi, gdy ten tak bezceremonialnie mu odmówił. Czyżby lekarz w złości pomylił w szufladzie koperty? Miał ich tam tego dnia więcej…? Na to wyglądało! A więc złość nie tylko piękności szkodzi – los odpłacił mu wręcz natychmiast, skonstatował z nieskrywaną radością artysta. Chyba więc była to jednak udana wizyta? – pomyślał figlarnie. I powróciła mu nagle ochota do życia. Świetna, wręcz doskonała diagnoza, a jaka cenna recepta! Nim jednak ochoczo ruszył przed siebie, by zakupić w Pewexie drogi środek na swoje ciągłe dolegliwości, jeszcze krótko się zamyślił. Ale już nie wrócił do gabinetu swego wybawcy. Nie było takiej potrzeby. Po co drażnić lekarza bardziej swoimi problemami, i tak miał już zły dzień… „Nie choczesz – nie nado, zachoczesz nie budiet, jak mawiali carscy strażnicy do więźniów politycznych, przynosząc im raz na dzień spleśniały chleb w cuchnącej wodzie“ – przypomniał sobie artysta z opowieści o Sybirakach, którym udało się jakoś przeżyć.

Kilka miesięcy później, już zdrowy, spotkał swego wybawcę z przychodni w operze, po kolejnym przedstawieniu, przy szatni. Sławny „medyk“ wykłócał się z szatniarzem o zapłatę. Uważał że miał prawo nie zapłacić żądanej kwoty za tę drobną usługę. Zauważył wówczas stojącego obok swego niedoszłego pacjenta. Zbladł nagle i zaniemówił. Zaś pacjent, scenicznym szeptem, który wszyscy usłyszeli bardzo wyraźnie, spytał z uśmiechem:

–  Uszanowanie, Panie doktorze, no i  jak tam zdrówko, cóż to, czyżby doktor o tej porze już nie przyjmował od żadnych potrzebujących? Wokół zapanowała nieprzyjemna cisza, ktoś dobitnie zachichotał. Wydało się… Lekarz pospiesznie wyjął jakiś banknot, rzucił go szatniarzowi, nie czekając na resztę porwał płaszcz, i klnąc pod nosem uciekał w popłochu. Czyżby faktycznie musiał jednak jeszcze kogoś przyjąć? A może po prostu nie podobało mu się to przedstawienie – zamyślił się artysta? 

Dzisiaj nie ma już takich przedstawień. Kantory wymiany walut, gdy już jednak powstały, tak są nadal i służą społeczeństwu. Lekarzy także nie brakuje, choć wielu szuka zagranicznych walut dzisiaj legalnie, pracując jak się da – za granicą. Tylko artystom, gdziekolwiek by nie byli, tak jak i dawniej, potrzeba wiele zdrowia i dobrego humoru, by móc dotrwać do kolejnego pierwszego. Szczególnie śpiewakom operowym. Zaś słupów, i to niekoniecznie ogłoszeniowych, nadal zdecydowanie nie brakuje…