O tym, że w ogóle jest coś takiego jak Światowy Dzień Chorego, dowiedziałem się przy okazji wyjazdu do Lourdes. Poważnie. Może wcześniej o nim słyszałem albo czytałem, wypierałem go jednak z pamięci. Tak jak napisałem w „Mieście cudów”, pierwotnie pielgrzymka ta miała odbyć się w lutym i stanowić część obchodów jubileuszu 25-lecia tego święta. A skąd aż tak silne wyparcie? Ano stąd, iż temat cierpienia i słabości przez szereg lat był dla mnie dużym problemem. Tak naprawdę ciągle jest – mam wrażenie, że pod pewnymi względami głębiej niż kiedyś – ale o tym za chwilę. Najpierw zabawię się w encyklopedię.

Otóż Światowy Dzień Chorego ustanowił w 1992 roku Jan Paweł II. Sam był wówczas jeszcze w pełni sprawny. Jeszcze potrafił huknąć. Jego rodacy, zachłyśnięci bezmiarem możliwości otwierających się po upadku żelaznej kurtyny, przekonali się o tym, kiedy niemal krzyczał, że wolność nie została nam dana, lecz zadana. Kilka lat później rozwinął tę myśl w encyklice „Evangelium Vitae”. Nakreślił w niej zarys systemu – wówczas chyba niemieszczącego się nam, bezkrytycznie zapatrzonym na Zachód, w głowach – w którym wystarczy takie kwestie jak eutanazja i przerywanie ciąży przegłosować zgodnie z „zasadami demokratycznymi”, by dać im pozór praworządności.

To właśnie z „Evangelium Vitae” pochodzi słynne zdanie, uważane przecież przez wielu za prorocze, o demokracji sprzeniewierzającej się swoim własnym zasadom i w rezultacie przeradzającej się w jawny bądź ukryty totalitaryzm, który arbitralnie uzurpuje sobie prawo do dysponowania życiem słabszych i bezbronnych. Nieprzypadkowo wybrał akurat datę 11 lutego, na którą przypada wspomnienie Matki Boskiej z Lourdes. Sam zresztą odwiedził je w trakcie swojej ostatniej podróży apostolskiej, uważanej przez wielu komentatorów za jedną z najważniejszych w jego pontyfikacie, o ile nie najważniejszą w ogóle.

I bynajmniej nie chodziło o to, że niecały rok później zmarł. W wielu tekstach z tamtego okresu kładzie się nacisk na jej podstawowe przesłanie – przypomnienie światu o ludziach chorych i cierpiących. Karol Wojtyła sam był jednym z nich. Na zdjęciach i nagraniach jego zgarbione ciało, trzęsące się ręce i ledwo skrywany grymas bólu przy najdrobniejszym ruchu przemawiają dosadniej niż słowa. Niepełnosprawny między niepełnosprawnymi – tak się przedstawił. Pamiętam to. I pamiętam dziwną mieszaninę sprzecznych myśli, jakie mnie wtedy przepełniały – z jednej strony obowiązkowy podziw dla „naszego papieża”, z drugiej…

No właśnie. I tu zaczynają się moje schody. Wtedy nie przedstawiało to dla mnie większego znaczenia, bo w wieku, w którym byłem, człowiek wciąż uważa się za nieśmiertelnego – tak, nawet taki jak ja, który od dziecka zmaga się z niepełnosprawnością. Może taki szczególnie? Potem, kiedy mniej więcej ukształtowały się moje poglądy polityczne i społeczne, zacząłem zwracać na to uwagę jako na część toczącej się obecnie cywilizacyjnej wojny, w której dość jednoznacznie zdeklarowałem się po stronie tzw. obrońców życia od poczęcia do naturalnej śmierci.

Ci, którzy czytali moją książkę, wiedzą, jakie motywy mną kierowały. Z początku istotnie była to czysta kalkulacja. Czysto mózgowo wykoncypowałem sobie, że jeśli będę pro-life, to może kiedyś jako zniedołężniały starzec nie obudzę się w świecie, w którym jedynym rozwiązaniem dla podobnych mi będzie zastrzyk. Owszem, uważam, że popierając dziś aborcję, szykujemy grunt pod jutrzejszą eutanazję. A z kolei wymachując sztandarem eutanazji, otwieramy drzwi do piekła eugeniki, w którym o tym, kto ma prawo żyć, będzie decydować to, czy jest zdrowy. Dla mnie jest to doskonale logiczne, zaś ostatnie lata dostarczyły niestety wielu dowodów na słuszność tej tezy.

Jestem jak najgłębiej przekonany, że dziś opowiedzenie się za życiem – bez względu na to, czy kierują nami pobudki religijne, czy nie – leży w naszym jak najlepiej pojętym interesie. I mam naprawdę najszczerszą nadzieję, że w końcu uda się wywalczyć świat, w którym takie pojęcia jak „aborcja” i „eutanazja” będą wywoływać identyczne oburzenie i poczucie obligatoryjnego wstydu jak dziś niewolnictwo czy holokaust. Uważam, że częścią walki o taki świat jest także Światowy Dzień Chorego, który powinien zmienić się wręcz w krzyk o godność takich ludzi jak zagłodzony na śmierć Vincent Lambert czy Alfie Evans.

I nie tylko tak uważam. W ramach swoich skromnych możliwości postanowiłem się też w to włączyć za pomocą mojej książki oraz innych rzeczy, które piszę. Robię to – powtórzę jeszcze raz – bo widzę w tym własny, czysto egoistycznie pojęty interes. Choć oczywiście nie tylko, bo w miarę zmieniania się mojego duchowego uposażenia przeobrażeniom ulegają też kierujące mną motywacje. Jednak jest w tym pewien szkopuł – coś, co od dawna pielęgnuję głęboko na dnie serca i umysłu i co z wiekiem coraz bardziej mi dokucza. Jest to mianowicie niezgoda na cierpienie i strach przed fizyczną niemocą.

Łatwo jest sobie poteoretyzować i w ogóle być pro-life, gdy wymaga to co najwyżej lajknięcia kilku postów na fejsiku. Ba, można nawet wybrać się na demonstrację, jakiś biały piątek albo coś podobnego lub na spotkanie z Abby Johnson – która, nawiasem mówiąc, gości obecnie w Polsce. Łatwo to wszystko ogarniać, kiedy ma się sprawne kończyny, dobrze działający mózg i żadnej napełnionej odchodami pieluchy w kroku. Mnie też jest łatwo, bo przecież mam tylko słaby wzrok, a to tyle co nic. Gorzej, gdy przez kilka tygodni siedzisz przy łóżku umierającego, patrzysz, jak ktoś, kogo znałeś, zmienia się w biomasę, i czujesz jego odrażający smród…

Wtedy, drogi prolajferze, przechodzisz prawdziwy test. Ja taki test przeszedłem i muszę się tu przyznać, że zdałem go… no, powiedzmy, że średnio. W krytycznym momencie jak dzikie psy dopadły mnie myśli, że nigdy nie chciałbym tak skończyć, że może rzeczywiście ta cholerna strzykawka byłaby jednak lepsza. Nie wspomnę już o tym, że jako dziecko napatrzyłem się na to, co z normalnym człowiekiem potrafi zrobić alzheimer. Wszystko to razem skumulowane wytworzyło we mnie fobię, która mocno się uaktywniła, odkąd dowiedziałem się, że też nie jestem całkiem zdrowy.

Choć jestem tak bardzo pro-life, nienawidzę szpitali, a na samą myśl, że zostało mi jeszcze góra ze dwadzieścia lat do stanu senioralnego, aż mnie zatyka. Czasami potwornie się tym zadręczam, ocierając się wręcz o obsesję i doprowadzając tym do szału moją małżonkę. I na nic klarowanie, że przecież jeszcze tyle przede mną, że powinienem skupiać się na tu i teraz. Wyobraźnia podsuwa mi upiorne wizje respiratorów, cewników i błędnego wzroku, który już nie wyraża nic poza pustką. I wtedy całe moje prolajferstwo chwieje się w posadach, a moje przekonania wystawiane są na ciężką próbę.

Na swoistą ironię losu – a może dowcip Boga, który zapewne zaśmiewa się w kułak z moich obaw – zakrawa fakt, że różne życiowe okoliczności, także te związane z pracą nad tekstami, „Miasta cudów” nie wyłączając, zetknęły mnie ze służbą zdrowia. Nie jako pacjenta – choć to ostatnio niestety też – ale po prostu jako kogoś posiadającego tamże kontakty towarzyskie. Czasem nawet odnoszę wrażenie, że ta orbita coraz mocniej mnie zagarnia, i aż boję się, co z tego może wyniknąć. Moja znajoma pielęgniarka śmieje się, że w ten sposób Bóg chce mnie oswoić. Pytanie tylko, z czym i… po co. Czy aby nie po to, że gdy przyjdzie pora… dobra, luz.

Nie chcę cierpieć. Nie chcę się czuć niedołężny i zależny od kogokolwiek. Ale z drugiej strony chyba nikt normalny tego nie chce, prawda? Mam nadzieję, że będę długo, a w każdym razie w miarę bezproblemowo żył, i że gdy już przyjdzie śmierć, będzie ona spokojna i bezbolesna. Moja znajoma mówi, że można się o to modlić, i niewykluczone, że zacznę to praktykować, gdy już się na nowo modlić nauczę. Ale trzeba też niestety brać pod uwagę inne scenariusze. Kwestia w tym, jaką postawę przyjmiemy, jeśli – co nie daj Bóg – się w odniesieniu do nas lub naszych bliskich spełnią.

Myślę, że Światowy Dzień Chorego to dobra okazja, by się nad tym zastanowić. Ale też jest to sposobność, by uzmysłowić sobie, że człowiek jest w stanie naprawdę wiele znieść, a nawet wyjść z niejednych tarapatów, jeżeli czuje, że świat wokół niego temu sprzyja. W końcu co to za świat, który za chwilę na większość bolączek będzie miał ostateczne rozwiązanie. Trudno w takim świecie walczyć o zdrowie. Trudno w chorobie widzieć jakikolwiek sens albo choćby nadzieję, że może być lepiej.