Do sejmu wybieramy 460 osób desygnowanych na listy przez szefów partii. Stawiając krzyżyk przy wybranym nazwisku, ulegamy złudzeniu, że dokonujemy wyboru. Wniosek z analizy list wyborczych i wyników wyborów burzy to złudzenie – to kolejność na liście ma znaczenie. Po przekroczeniu progu wyborczego do sejmu wchodzą jedynki, a w przypadku większej ilości głosów oddanych na listę: jedynki, dwójki, trójki… oraz czasami miejsce ostatnie.

Obserwując działanie ordynacji JOW w Wielkiej Brytanii, można stwierdzić, że kampania wyborcza trwa praktycznie cały czas. Kadencja jest tam krótsza, a dodatkowo ostatnio wprowadzono możliwość odwołania posła. Poseł – reprezentant swego okręgu – pracuje dla wyborców i jeśli jest skuteczny, zostanie wybrany na kolejne 2 lata. Jest praca – jest nagroda. Partie muszą się z tym liczyć, bo jeśli wystawią kandydata „spalonego”, stracą okręg na rzecz konkurencji. Działania posła muszą być widoczne, a bliski kontakt z wyborcami jest niezbędny.

W ordynacji proporcjonalnej kampania… hm… też trwa przez całą kadencję. Tyle, że przebiega gdzie indziej. Posłowie „tańczą na linie” nie przed tymi, których Konstytucja określa jako wyborców, ale przed faktycznymi decydentami – szefami partii i osobami wpływowymi. Służą temu wszelkie działania medialne: skandale, afery, (wszak wyborcy lubią głosować na kogoś znanego), ale też posłuszeństwo względem zarządu partii. Szefostwo zaś posługuje się dwoma narzędziami utrzymania posłów w karności: pieniędzmi na utrzymanie partii oraz „jedynkami” w kolejnych wyborach. Partia rządząca oprócz tego ma do dyspozycji liczne stanowiska dla „krewnych i znajomych królika”.

Przypadek Kukiz’15 – jedynego ugrupowania w sejmie nieposiadającego statusu partii – jest wyjątkiem potwierdzającym regułę. Co prawda lider pozostawił w swoim ręku przywilej sporządzania list, ale – nie tworząc partii, a więc nie przyjmując subwencji – osłabił swoje ugrupowanie brakiem zaplecza finansowego, co procentuje brakiem struktur w terenie i możliwości zatrudnienia doradców merytorycznych. Efektem tej szlachetnej ideologicznie decyzji jest rozprężenie. Brak narzędzi dyscypliny przyczynia się do opuszczania klubu przez posłów. Pytanie brzmi: Czy powinno nas to obchodzić? Jaki znaczenie ma przynależność partyjna dla wyborców w okręgu? Skąd głosy protestu? Jeśli weźmiemy pod uwagę wtłoczone w nasze głowy schematy myślenia partyjnego powiązane z odpowiedzialnością za oddany na daną listę głos („głosowałem na Kukiz’15, a on przeszedł do PiS”), to głosy te są zrozumiałe. Pamiętajmy jednak, że to ten sam człowiek, ten sam poseł, który w systemie JOW niezależnie od sztandaru starałby się nam dogodzić 🙂

Swoją drogą szum medialny wokół zmiany barw klubowych posłów jest taki, jakby zmieniali co najmniej obywatelstwo lub płeć. Wynika to oczywiście ze specyficznego wartościowania na polskiej scenie politycznej, gdzie na skutek działania ordynacji proporcjonalnej wierność partii wyrosła ponad wierność sobie i Polsce. Posłowie silniej osadzeni w systemie partyjnym (uogólniam to, co znam z autopsji) w ogóle nie odpowiadają na sygnały dotyczące potrzeb wyborców, bo wiedzą doskonale, komu mają się przypodobać, aby zasłużyć na kolejną kadencję.

Reprezentant narodu , który jest przeciwnikiem małych okręgów z jednym mandatem, bliskich kontaktów posła z wyborcą i realnego dla wszystkich prawa do kandydowania – albo nie wie, o czym mówi, albo uległ propagandzie partyjnych wodzów, albo – mówiąc kolokwialnie – robić mu się nie chce. Ustawki w sejmie kosztują mniej wysiłku niż spotkania z wyborcami. I pewnie jest na nich więcej ośmiorniczek.

A w ogóle to ciekawy system – szef partii zatrudnia posła, a my płacimy. Obu.

Na marginesie: Interesujące, ilu kandydatów w skali kraju spotkało się przed wyborami ze swoimi wyborcami w okręgu.