Ostatnia ewaluacja polskich uczelni wykazała, że spośród kilkuset jednostek 40 proc. jest na poziomie światowym. 15 sierpnia, jak co roku, ogłoszony został uchodzący za najbardziej prestiżowy szanghajski ranking uczelni światowych Academic Ranking of World Universities (ARWU) 2026 który jednak nie potwierdził siły naszych uczelni. Jedynie siedem polskich uczelni zostało zidentyfikowanych wśród tysiąca najwyżej ocenianych, a tylko jedna z nich – Uniwersytet Warszawski – znalazła się w końcówce 500 najwyżej ocenianych. Natomiast cztery w końcówce dziesiątej setki. Czyli ogon! A pozostałe ponad 300 polskich uczelni w ogóle w tym rankingu nie było notowanych. Polska ewaluacja uczelni, służąca do ich kwalifikacji – do wysokości finansowania, do uzyskiwania uprawnień do nadawania stopni i tytułów naukowych – okazała się całkiem niezależna od ocen światowych. Mimo znacznego wzrostu liczby osób utytułowanych, w tym profesorów belwederskich, nie notujemy wzrostu, lecz spadek w kolejnym rankingu światowym. Nikogo te nasze upragnione tytuły, będące zwykle celem działalności akademickiej i prestiżu, nie interesują. Na poziom uczelni mają wpływ osiągnięcia naukowe, a nie rozliczne, osobliwe dla świata nauki stopnie i tytuły. U nas jednak uważa się, że to one są nadal potrzebne do tego, aby utrzymać poziom nauki, mimo że ten spada wraz ze wzrostem utytułowania kadr akademickich. Rzecz jasna można argumentować, że ranking nie jest doskonały, bo nie jest, ale w pierwszej setce znalazły się naprawdę znakomite uczelnie, a i w drugiej setce bardzo dobre. Daleko naszym do tej czołówki. Jesteśmy Kopciuszkiem światowym w nauce, i tak jest, i żadne nasze ewaluacje według naszych kryteriów tego stanu nie zmieniają. Poprawiają jedynie złudne poczucie wartości nawet słabych uczelni, producentów małowartościowych prac naukowych i wystawiających ogrom dyplomów dla absolwentów niemających większych szans na zaistnienie w nauce światowej, a co gorsza – mało przydatnych dla gospodarki. Smutna to rzeczywistość.