Żywa ścianka z mchu ożywi #biuro. Jedynie słowo „biuro” nie jest kłamstwem w tym zdaniu. Ani to #mech, ani żywy.
Chrobotek reniferowy nie jest mchem. Mchy to rośliny. Chrobotek jest… grzybem. Dokładnie jest grzybem zlichenizowanym, czyli porostem. Bohater tego artykułu z pewnością czułby się obrażony nazwą „mech”.
Porosty to organizmy pionierskie. Są niebywale odporne na warunki środowiskowe i potrafią rosnąć nawet na gołej skale.
Tak jest również z naszym chrobotkiem. Rośnie bardzo wolno (3-11 milimetrów rocznie), ale jest w stanie odżyć po przetarciu, spaleniu, deptaniu lub innym uszkodzeniu. Co więcej, chrobotek uwielbia, gdy się go depcze – to pozwala mu się rozmnażać i lepiej rywalizować z mchami.
I tak nasz chrobotek mógłby sobie żyć na biurowych ściankach ozdobnych. Odporny na wszystko potrzebowałby jedynie świętego spokoju, trochę światła – wilgoć zdobyłby sobie z powietrza.
Jednak chrobotek ma jedną wadę: jest szary, kruchy i zbiera kurz. Nie nadaje się jako ozdoba.
Ponadto jak wszystkie porosty jest wyjątkowo wrażliwy na zanieczyszczenia powietrza. Miasta są „porostowymi pustyniami”. Tam, gdzie widzicie żywe(!) porosty, tam jest czyste powietrze.
Żeby nie kruszył się i był przyjemny w dotyku, jest „stabilizowany”. Stabilizacja roślin to proces wynaleziony w 1989 roku przez Paula i Ginette Lambert z Francji (tzw. proces Vermont). Wnętrze komórek roślin (lub w naszym przypadku grzyba) wypełnia się na gorąco gliceryną. Przygotowany na jego bazie roztwór wnika w głąb rośliny i stopniowo zastępuje sok. Nazywa się to stabilizacją. Dzięki lepkości gliceryny tak utrwalone kwiaty zachowują elastyczność, wyglądają świeżo.
Gliceryna jest bezbarwna, nietoksyczna i bezwonna. W pomieszczeniach o wilgotności poniżej 65% wysusza przestrzeń międzykomórkową.
Oczywiście roślina ginie, ale przez lata utrzymuje swój wygląd. Glicerynowa mumia jest również łatwa w odkurzaniu.
Niestety taka operacja całkowicie niszczy kolor, ponieważ działanie gliceryny prowadzi także do zniszczenia chlorofilu.
Dlatego chrobotkowy zombie jest kolorowany.
Tak, żeby uzyskał swój soczystozielony kolor, upodabniający go bardziej do mchu (rośliny) niż do porostu (grzyba), trzeba go jeszcze nasączyć barwnikiem.
Do barwienia roślin najlepsza jest zieleń brylantowa (E142), barwnik spożywczy stosowany głównie do barwienia słodyczy, groszku konserwowego (bo naturalny nie sprzedaje się tak dobrze, jak pokolorowany), żelków miętowych, marmolad i produktów owocowych – wszędzie tam, gdzie trzeba stworzyć złudzenie obecności chlorofilu, jak w żywej roślinie.
Zieleń brylantowa (E142) to trifenylometanowy barwnik smołowy. Jego stosowanie jest zakazane w USA, Kanadzie i Japonii.
U nas nie jest. Można spokojnie dotykać „mchu chrobotka” i oblizywać palce. E142 raczej nie jest wchłaniana przez jelita i wydalana w ciągu 7 godzin. Komisja Europejska ustaliła dozwoloną dawkę dzienną na 5 mg/kg masy ciała.
Tak wymęczony #chrobotek jest gotowy, by przykleić go klejem termotopliwym do płyty i zareklamować:
„Ekologiczny mech chrobotek filtruje powietrze z toksyn, pyłów, czy nieprzyjemnych zapachów”
„Zielona eko-ścianka odświeża powietrze i napełnia leśnym zapachem i świeżym tlenem”.
No nie.
Chrobotek niczego nie filtruje. Taką samą „skuteczność” miałaby gałąź drzewa czy snopek siana postawiony w kącie pokoju.
Chrobotek nie jonizuje powietrza, nie usuwa toksyn, pokrywa się kurzem, roztoczami i bakteriami – jak wszystko w pomieszczeniach, w których przebywają zwierzęta posiadające… naskórek. Nie produkuje również tlenu – bo jest martwy.
Chrobotek jest w Polsce objęty częściową ochroną. Mimo że jest na całym świecie dość popularnym gatunkiem i tworzy tzw. lasy chrobotkowe, to w Polsce był powszechnie używany jako… opał. Przez lata całe połacie lasów były niszczone i ograbiane z ochronnej warstwy chrobotka. Dopiero wprowadzenie ochrony gatunkowej powstrzymało ten proces.
Ochrona częściowa oznacza m. in., że żywy chrobotek można sprowadzić zza granicy i przetworzyć na ozdoby ścian. Do Polski chrobotek sprowadzany jest głównie ze Szwecji. To wpływa na jego wysoką cenę. 1m² barwionej na zielono ścianki z chrobotka kosztuje od 600 do nawet 2800 zł.
Osobiście nie widzę niczego „ekologicznego” w wieszaniu na ścianie chemicznie pokolorowanego, mumifikowanego gliceryną, martwego grzyba.
☕️Czy teraz nieco inaczej patrzysz na preparaty z „mchu” chrobotka na ścianie?
#PiątkowaKawa
Autor: Marcin Babiak
Były szef Apple, Dell, Grupon w Polsce. Prywatnie instruktor nurkowania, pasjonat przyrody i założyciel Fundacji Człowiek Może zajmującej się integracją społeczną m. in. dzieci z domów dzieci, seniorów czy uchodźców.
Zostaw komentarz