Jeśli mam być szczery, to ja już pogodziłem się z tym, że w naszym uroczym kraju między Odrą a Bugiem i Bałtykiem a Sudetami oraz Karpatami, nie da się zaprowadzić elementarnego porządku i że język polski jest tylko z pozoru zrozumiały dla swoich użytkowników. Bo każdy słyszy, co chce usłyszeć a mówi głównie na temat tego, na czym się nie zna i nawet nie zamierza się znać, bo samo gardlowanie jak u indyków zaspokaja jego potrzeby społecznej manifestacji.

Mickiewicz, znany wielu oszołom, mistyk i awanturnik pisał: „Nasz naród jak lawa: Z wierzchu zimna i twarda, sucha i plugawa, Lecz wewnętrznego ognia sto lat nie wyziębi, Plwajmy na tę skorupę i zstąpmy do głębi.”

I miał rację. Nasz naród jest jedną wielką geopolityczno-kulturową pułapką. Każdy, kto zamierzał połknąć Rzeczypospolitą z całym tym tołatajstwem, Pawlakami i Kargulami, szlachtą zagrodową jeżdżącą małymi fiatami, modlącymi się przy przydrożnych kapliczkach starymi kobietami, chłopakami z siłowni w koszulkach Red is Bad, podlaskimi harpagonami, którzy gotowi są zatrzymać ruskie natarcie na Warszawę morzem bimbru wlanego w moskiewskie paszcze, zrozumie, że to jest piękny kraj.

Zaskoczę wielu, nie martwi mnie postępująca anarchizacja państwa. Bo to tylko zasłona dymna. To element szerszej strategii. Zachęcić wroga do ataku, a potem zadać mu cios i wzmóc ból w jego ciasnej głowie.

P.S. Tego typu polityczne przesilenia mają tę zaletę, że maski spadają z twarzy…