W miejscowości Olza nieopodal Chałupek zmarł ostatni przedwojenny zawiadowca stacji Chałupki. Był już bardzo stary, ale tak naprawdę nikt nie znał daty jego narodzin. Miejscowi twierdzą, że urodził się między 1918 a 1939 rokiem, ale dokładnej daty nikt nie znał. On sam też tego nie wiedział, bo po jego urodzeniu obydwoje rodzice zwiali do Rzeszy zacierając po sobie wszelkie ślady. Ponieważ nie było sierocińca w okolicy, oddano go na wychowanie do pierwszej z brzegu instytucji państwowej. Czyli do dworca kolejowego PKP w Chałupkach. Zawiadowca stacji niechętnie podjął się opieki nad sierotą, zatrudnił w związku z tym mamkę, która przychodziła codziennie na stację, by karmić, kołysać i wychowywać niemowlę.
Po kilkunastu latach chłopiec urósł, zmężniał i zaczął interesować się koleją. Do zawiadowcy zwracał się per wujku. Tenże stopniowo zaczynał akceptować chłopaka, bo w okresie jego dzieciństwa był bezradny. Nikt go nie nauczył bowiem jak postępować z małymi dziećmi. Raz nawet zapomniał się i zaproponował młodemu, który miał raptem 9 lat papierosa i łyk samogonu. Nie widział w tym nic niestosownego. Sam bowiem dorastał jako sierota po wojnie francusko-pruskiej, na której zginął jego ojciec, a matkę zamknięto w zakładzie dla oszalałych.
Stary zawiadowca chodził z nim na długie spacery, w trakcie których przestawiali zwrotnice. Naoliwiając je od czasu do czasu. Opowiadał mu wówczas, jakie to były czasy za Austro-Węgier. Wszędzie się dało wówczas dojechać na bilecie krajowym. Tysiące kilometrów. Potem stary zawiadowca umarł na duszności, bo coraz trudniej udawało mu się złapać oddech w poszatkowanej jak świeża kapusta Europie Środkowej. Okres międzywojenny był dla niego jedną wielką katorgą. Środkowoeuropejski świat kolejowy rozpadał się. Gdzieniegdzie ucinano i rozbierano torowiska.
Jego następca i rzeczony w tym opowiadaniu obecny już denat, po drugiej wojnie światowej wspinał się po drabinie kariery kolejarskiej. Był bowiem wychowankiem zmarłego starego austro-węgierskiego naczelnika. Odziedziczył po nim mundur i ten niepowtarzalny sposób patrzenia na torowisko. Takie wnikliwe i humorystyczne zarazem. Komunistyczne władze uznawały go za swojego, bo sierota i on osobiście nie miał nic przeciwko zmianie ustroju, byleby tylko nie zakazano mu hodowli gołębi przy stacji. Ponieważ komuniści lubili gołębie, a zwłaszcza te nominalne gołębie pokoju, tolerowali jego hobby.
Ale pod koniec 2023 roku i on umarł. Lekarz wezwany do umierającego stwierdził zgon z powodu oczekiwania, którego nie było końca. Umarł na sentymentalizm, w który popadał od dłuższego czasu.
W testamencie na pierwszym miejscu zapisał, aby go pochowano między pierwszym a drugim peronem. Ówczesny zawiadowca był sceptyczny, twierdząc, że to nielegalne, ale jeśli już taka wola zmarłego, to on będzie udawał, że nic nie widział. Kondukt żałobny zatrzymał sie przed budynkiem stacji. Następnie dwóch rosłych kopaczy, prawdopodobnie miejscowych górników wykopało dół między pierwszym a drugim peronem. Wystarczająco głęboki, by móc rozpocząć pochówek. Zrobiono przerwę na czas przejazdu IC 130 Bathory o 15:02 z Budapesztu do Warszawy. Pasażerowie wylegli na peron zaciekawieni obecnością konduktu pogrzebowego i grobu wykopanego między torowiskami. Kierownik pociągu nie protestował, nawet było mu to na rękę, bo mógł wypalić drugiego przed Katowicami papierosa bez filtra. Turyści zastanawiali się nad sensem pochówku w takim miejscu i okolicznościach.
Tymczasem dla miejscowej ludności było to jak najbardziej adekwatne miejsce pochówku człowieka, który całe życie spędziła na kolei. Ludzie powinni być chowani tam, gdzie żyli i gdzie zostawili cząstkę siebie.
Zostaw komentarz