Polska bardzo powoli dociera do ostatecznego punktu, skąd nie będzie już powrotu. Bez wątpienia, do tego wyjątkowo destrukcyjnego procesu przyczyniła się pamiętna katastrofa polskiego samolotu prezydenckiego. Umiejętne wyciszenie sprawy przez strony rządowe obu zainteresowanych tym krajów, przy zachowaniu pełni wiedzy stron sojuszniczych, które choć w pierwszej fazy chętne do pomocy, nabrały wody w usta, nakazując swoim urzędnikom przyciśnięcie na kartach dokumentacji stempla z napisem „Tajne”.

Już ten fakt spowodował erupcję nastrojów nie gdzie indziej, a właśnie w Polsce. Przeciągające się śledztwo, tony niedomówień, przedziwne wnioski, wreszcie raporty, podgrzały nastroje społeczne do temperatury topnienia bazaltu.

Wydaje się, że znając temperament Polaków, wystarczy iskra, aby ten kocioł z nitrogliceryną wątpliwości i oskarżeń w połączeniu ze skandalicznie prowadzoną polityką międzynarodową i wobec własnego narodu – eksplodował. I co? Właśnie, nic się nie dzieje. Zanim rozpatrzymy we własnym sumieniu, czy to dobrze, czy źle, sięgnijmy pamięcią do przeszłości, kiedy podwyżka ceny kostki masła powodowała, że na ulice polskich miast wylegały tłumy w groźnym pomruku niezadowolenia. Co się wtedy działo? Czerwona władza dostawała purpurowej obstrukcji, bynajmniej nie intelektualnej.

Współcześnie przyjmujemy każdy „fakt”, nakaz, ukaz, czy rozporządzenie, jak coś oczywistego – w milczeniu. Co się stało? Właśnie, spacyfikowano nas i to wielokrotnie. Ten najbardziej skuteczny proces destrukcji udał się przy pomocy likwidacji polskich przedsiębiorstw w procesie  prywatyzacyjnego, celowo przeprowadzonego na niekorzyść polskiego pracownika i konsumenta, aby zniszczyć zaplecze związkowe potencjalnego strajku lub nie daj Boże spisku. Z mozołem niszczono, zakład po zakładzie, fabrykę po fabryce, kopalnie, stocznie – wszystko. Efekt? Próżnia, nikt nie odważy się wyjść na ulicę, ryzykując utratę łaskawego chleba u pracodawcy, którego pochodzenie jest dalekie od polskiego.

Czy już tak nas ogłupiono, że myślimy żołądkiem, miast powrócić do najlepszych tradycji? Niestety tak, dodatkowo, jesteśmy zastraszani groźbą bezrobocia i to permanentnego, jeżeli jest się np. z małego środowiska. Koniec łapówek, przeminął wiek złoty, teraz bronią staje się uległość i milczenie!

Ideały solidarnościowe umarły wraz ze zdradą tych, którzy swoja reputację , a czasami legendę, zamienili na mamonę i wątpliwej wartości sztuki teatralne, wpływy, bądź nagrody Nobla. Kto się przejmuje szarym Kowalskim?

I tutaj zagląda przez szczelinę bezprawia nadzieja, a ta jest prawie i wyłącznie w rękach młodych ludzi, którzy wychowani w poszanowaniu tradycji i miłości do własnego kraju przez pokolenie, które „produkcyjnie” właśnie odchodzi i  raptem budzą się z letargu mówiąc…: zaraz, po co mam jechać szorować gary u Camerona, skoro mam swój dom. Po co mam słuchać idiotycznych słów nadawanych przez byłych morderców, którzy dzisiaj wykładają w uczelniach? Spróbuję zawalczyć o lepsze jutro i to niezależnie od strat !

Właśnie tego procesu najbardziej obawia się władza, która tylko na pokaz wydaje się być nieudolną. W rzeczywistości przeprowadza zimne kalkulację i bilanse zysków i strat. Zapobiegliwie przygotowuje się do ostatecznej rozgrywki, kiedy zawiodą wszelkie próby negocjacji. Poświęcono temu nawet spore środki, przywożąc do większych miast specjalistyczny sprzęt do rozpędzania tłumów.

Skończył się czas polewania demonstrantów zabarwioną wodą, technika poszła do przodu, a ta w połączeniu z produktami amerykańskiej agencji DARPA stworzyła wyjątkową broń, która nie pozostawia na ciele widocznych śladów, a jednocześnie dokonuje spustoszenia. Ten sprzęt sprowadził do Polski demokratycznie wybrany premier! Po co? Dla parady?

To ostateczność, zanim jednak ona nastąpi, władza zrobi wszystko, aby wyziębić i trzymać ludzi zdala od ulic. Czyja to filozofia? Tak, masz rację czytelniku, to wiedza zaczerpnięta wprost z „Mein Kampf” niejakiego…Hitlera! Jak zatrzymać obywateli w domach zdala od ulic? Czyni się to na wiele sposobów, główną bronią władzy są media, których stopień upolitycznienia jest przerażający i porażający, ciągle bardziej skuteczny od kombinerek przy pomocy których wyrywano paznokcie lub łamano palce. Bzdurą jest twierdzenie, że media prywatne pokroju dwóch wiodących na rynku telewizyjnym w Polsce mogą mówić nieprawdę. Taki proces jest karalny! Kto twierdzi inaczej kłamie, niestety i w tej dziedzinie władza manipuluje faktami pod karą wyroków sądów. Ewa Stankiewicz przed kamerami Gazety Polskiej opowiadała swego czasu o tym, jak grupa 500 protestujących w obronie telewizji, której nie dopuszczono do tworzącego się multipleksu, powędrowała pod gmach telewizji, która do dzisiaj żąda od nas abonamentu za nadawane bzdury po to, aby wykrzyczeć nazwiska uwikłanych w sprzeniewierzenie się prawdzie. Dokonano tego obarczając  każde wymienione nazwisko, ciężarem gatunkowym słowa – WINNY! Działania czysto konstytucyjne, gdzie naród ma prawo do dokonania zmian, działając jak trybunał i ustalając wyroki.

 Efekt? Żaden, z wyjątkiem interwencji policjantów, którzy zamknęli wejścia do gmachu TVP, na co zareagowali protestujący, tworząc swój kordon „ochraniający” wejścia do tych samych budynków. Obecna władza nakazuje, wymaga, nagradza sprzedawczyków i karze niepokornych oraz dodatkowo okrada podatnika do ostatniego jego tchnienia. Niestety, to nie jest koniec, fiskus zapuka do drzwi rodziny nieboszczyka, by chwile później i je zabrać na poczet ewentualnych win!

Skoro już o niepokornych mowa, na pierwszy plan wysuwają się media, które na rynku stają się ewenementem, bo w swojej filozofii mają dopisek działający, jak >płachta na byka<, czyli… NIEZALEŻNY.

Dziennikarzy tych mediów tępi się na wszelkie możliwe sposoby. Wyciągane są przeciwko nim kruczki prawne i to pod byle pretekstem. W sposób szczególny odczuwają to dziennikarze, którzy zostali gwałtownie odsunięci z poprzednich miejsc pracy, Aby przeżyć i móc patrzeć w swoje odbicie w lustrze, zakładają swoje media, by mówić prawdę. I teraz widać, jak niebywały zasięg ma Internet i jak niebezpiecznym jest to medium w chwili, kiedy zostanie wyłączone. Co dalej? Całkowite odcięcie obywatela od prawdziwej informacji, a alternatywy nie ma.

           Dzisiejsze czasy cechują się tym, że dziennikarz, jako osoba myśląca i dostrzegająca więcej, niż przeciętny obywatel, nie może powstrzymać się od własnego komentarza, czy interpretacji zgodnej z własnym sumieniem. To szalenie patriotyczne, ale nie do końca uczciwe. Dziennikarz nie może w żaden sposób okazywać swoich sympatii politycznych, powinien być jak przekaźnik?

Ta prosta zależność powoduje wręcz nieprawdopodobne napięcia, które widzimy podczas konfrontacji w telewizyjnych, czy radiowych studiach, gdzie dziennikarze z rozmysłem zapraszają zwaśnione ugrupowania i pozwalają na regularną „napieprzankę” w stylu – „ja panu nie przerywałem”. Czy tego typu rozmowy cokolwiek dają nam – widzom i słuchaczom? Dostarczają wyłącznie niezdrowych emocji i pogrążają widza, który już kompletnie zatracił sens tych wszystkich przepychanek i marzy wyłącznie o jednym – piwie, grillu i świętym spokoju. Za jego płotem władza może zrobić wszystko, byle tylko nie na terenie mojej posesji. O święta naiwności! Dla własnego bezpieczeństwa schowam głowę w piasek lub w razie potrzeby wyjmę ją i na pokaz posypię… popiołem.

            To wygodnictwo może nas zabić i to dosłownie w chwili, kiedy obudzi się ulica, już głucha na hasła rządu dotychczas pacyfikujące nastroje społeczne. Władza panicznie boi się młodych ludzi na ulicach, posunie się do każdego świństwa, aby protestujących napiętnować obśmiać, względnie oskarżyć o terroryzm w wielu postaciach.

         To się dzieje na naszych oczach, podobnie jak to, że polskie więzienia powoli wypełniają się ludźmi, których poglądy polityczne zaklęte są w paragrafach bliskich polityce.

Ciągle tkwimy w strefie wpływów odwiecznych wrogów, dodatkowo w czasach komuny, która trwale zniszczyła nasze społeczeństwo. Niestety, to, co nas otacza w tym także komentarze ekspertów od PR-u – współczesnych, medialnych komandosów, to zwykłe, budowane pod publikę… oszustwo, w którym wszyscy będziemy tkwić jeszcze przez wiele lat, chyba że…