– Wolność słowa to prawo do mówienia, pisania, tego, co myślimy, wiemy, bez krzywdzenia innych- mówi Bartek Maślankiewicz w rozmowie z Małgorzatą Kupiszewską. I po chwili dodaje – Niebezpieczeństwo zaczyna się wtedy, gdy dziennikarz boi się pokazać materiał swojemu przełożonemu, gdy czuje, że musi go zrobić inaczej niż „wychodzi” mu to z zebranych faktów. Sytuacją skandaliczną, choć powszechną, jest taka sytuacja, gdy teza powstaje już na porannym kolegium. „Zrób materiał tak, by wyszło…”. To zabija media i sprawia, że dziennikarz staje się psem gończym, chodzi na smyczy- stwierdza dziennikarz Bartek Maślankiewicz dla portalu Pressmania.pl

Małgorzata Kupiszewska: Ostatnio przed kamerą powiedział Pan: Całe życie poświęciłem dziennikarstwu. Przecież to egzaltacja. Nie skończył Pan jeszcze 30 lat!

Bartek Maślankiewicz: – To prawda, 30 lat skończę dopiero w sierpniu, ale nie oznacza to, że rozminąłem się z faktami. Dziennikarstwo pasjonowało mnie od dziecięcych lat. W każdej ze szkół, do których uczęszczałem wydawałem szkolne biuletyny i tak zacząłem przygodę z tym specyficznym światem. Kończąc liceum i zdając sobie sprawę, że aplikowanie na studia dziennikarskie nie będzie łatwą przeprawą, uznałem, iż powinienem dysponować bardziej poważnym życiorysem. Zgłosiłem się do kilku dzienników. Jedyną odpowiedź otrzymałem od upadającej, ale wciąż drukującej „Trybuny”. Oczywiście z zastrzeżeniem, że nic poza marną wierszówką nie mogą mi zaoferować, ale doświadczenie, jeśli będę chciał, mogę na ich łamach zdobywać. Kilka miesięcy ganiania po sesjach rady miasta, przepytywania Warszawian, i redagowania małych tekstów pozwoliło mi nie tylko zdobyć pierwsze umiejętności reporterskie, ale też dostać się na studia. Bezcenną jest satysfakcja jaką daje łapanie pierwszych szlifów w zawodzie.

Zatem praca od podstaw. W czasie studiów dorabiał Pan w zawodzie: dziennikarz?

– Pierwszy rok nie dał mi wielu możliwości zawodowego rozwoju, chociaż nocami fizycznie pracowałem w drukarni Gazety Wyborczej. Od drugiego roku rozpocząłem współpracę z Akademickim Radiem Kampus. Prowadziłem serwisy w dziale informacji, byłem także wydawcą, autorem własnego programu „Niepowaga Publiczna”. W końcu po blisko trzech latach zostałem kierownikiem redakcji naukowej. Doświadczenie, które tam zdobyłem szybko pozwoliło mi znaleźć nową pracę w komercyjnym radiu. W ChilliZet byłem prowadzącym wiadomości i wydawcą tychże, przez prawie dwa lata. To były bez wątpienia jedne z najwspanialszych chwil mojego życia. Wiele osób mówi, że radio ma duszę i ja się z tym zgadzam. Zmiany programowe, roszady personalne i moja krnąbrna natura sprawiły, że kiedy likwidowano dział newsowy w Chilli, nie znalazłem pracy w Radiu Zet.

I wtedy zrodził się pomysł szukania szczęścia w telewizji?

– Od zawsze ciągnęło mnie do telewizji, ale wiedząc, że bez kontaktów i doświadczenia będzie to trudne zgłosiłem się do TVN24, w którym wiedziałem, że szukają stażystów, a po okresie próbnym można tam znaleźć słabo płatną, ale jednak pracę w mediach. Moje stażowanie skończyło się po trzech tygodniach. Zaproponowano mi pracę w tej samej firmie, ale dwa piętra wyżej, w nowej, dopiero powstającej redakcji Expresu TTV.  Ludzie, z którymi przyszło mi pracować byli wspaniali. Całkowita odmiana w porównaniu z młodzieżą walczącą ze sobą każdymi możliwymi sposobami w TVN24 o marne wynagrodzenie uczącą się manipulacji i lawirowania od „najlepszych”. W TTV pod względem finansowym nie było lepiej, a praca redaktora (pisanie tekstów do serwisu) nie dawała mi za grosz satysfakcji. Widząc to redaktor naczelna Patrycja Redo zaproponowała mi przejście do „Czarno na Białym”, prowadzonego przez nią programu w TVN24. Miałem być asystentem reportera. Lepiej, ciekawiej, więcej pracy z kamerą i mikrofonem, ale za grosz szans na przeforsowanie swojego zdania. Moment, w którym miarka się przebrała to propozycja (nie do odrzucenia) jednego z reporterów, bym w jego materiale był statystą, który zdejmuje spodnie.

I co pan na tę propozycję odpowiedział?

– Nie pamiętam, jaka była dokładnie moja odpowiedź, ale od tej chwili nie dostawałem już praktycznie żadnych zleceń, a po firmie rozniosła się informacja, że Maślankiewicz się stawia. Nie mam żalu, stawiałem się i chciałem, żeby moja praca wyglądała inaczej. Rozstaliśmy się w zgodzie, a ja na zawsze opuściłem Wiertniczą. Wyniosłem „know how”, kilku wrogów i zacząłem szukać nowej pracy.

Niepokornego studenta dziennikarstwa przyjęła TV Republika?

– Nie lubię wysyłać CV i to, które skierowałem do Republiki, poszło raczej na „przekór sobie”. Na przekór wszystkim zrobiłem tam robotę, z której jestem dumny. Pomogłem wielu ludziom (np. oskarżanym przez policję, którzy po rozprawie okazali się niewinni), a jednocześnie wyrobiłem sobie markę telewizyjnego pajaca, (chociaż na Ukrainie na przykład jest to postrzegane zgoła inaczej). Po rezygnacji Bronisława Wildsteina z funkcji redaktora naczelnego czułem, że mój czas w Republice też dobiega końca. Decyzję o odejściu podjąłem jak zawsze w przypływie emocji. Dziś nie żałuję. Czy mówienie, że poświęciłem życie dla dziennikarstwa to egzaltacja? Być może, ale nie mnie to oceniać.

Gotowy jest Pan pozwolić sobie obciąć obydwie ręce, żeby ratować polskie dziennikarstwo, widzieć, jak wychodzi na prostą. Nie szkoda oddawać tego, co bezcenne?

– Ręce nie są bezcenne. Głowa też nie. Idea jest. Idea zdrowego, nastawionego na widza, na dobro wspólne dziennikarstwa jest warta każdej ceny. Wiem, że są dziennikarze, dla których szczytem sukcesu jest oglądalność, nowy samochód, mieszkanie i wakacje na Kajmanach. Dla mnie uścisk dłoni matki, której syn był oskarżany o napaść na policjanta, który był „nagrany na monitoringu”, o którego winie przeświadczona była policjantka go oskarżająca. Sąd wypowiedział się na ten temat jednoznacznie – Nie popełnienie czynu. Mam takich sukcesów na koncie więcej. To sprawiało, że kładłem się spać z uczuciem spełnionego obowiązku. Chciałem dalej robić to, co robiłem. I chciałbym, aby takie dziennikarstwo było powszechne. Dziennikarstwo dla ludzi. Zmiana obecnej sytuacji jest nie tyle moim marzeniem, ale celem, który można zrealizować.

Nie boi się Pan ośmieszenia, zdyskredytowania w oczach społeczeństwa, miana oszołoma, skończonego dziennikarza? Opłacało się mówić o sytuacji: spektakularny upadek polskich mediów?

– Gdybym się bał czegokolwiek, to nie wyszedłbym na ulicę po „słynnej” relacji z Marszu Niepodległości. Gdybym się tym przejmował, reagowałbym inaczej na okrzyki sejmowych dziennikarzy: „butelkaaa”, albo „został po nim tylko szalik” . Inaczej niż głębokim ukłonem. Dziennikarstwo nie jest dla ludzi, którzy się czegoś boją. I właśnie nastawienie na rozpoznawalność, załatwianie własnych interesów na antenie, w mediach, jest przykładem upadku. Wiem, że media powstały, jako tuba propagandowa, ale dziś mogą mieć inną rolę. Albo my młodzi dziennikarze to zmienimy, albo ten upadek będzie bardzo bolesny dla całego środowiska. Bo widz, choć ogłupiany na potęgę, kiedyś nie miał wyboru, dziś ma. Wyłącza telewizor, radio, omija kioski. Włączy to, co ma dla niego wartość.

Co zabija polskie dziennikarstwo? Zagraniczny kapitał, polityka wydawcy?

– Przede wszystkim kłamstwo i niechlujstwo spowodowane pędem i małymi nakładami. Dziennikarz kiedyś, jeśli mówił, to ludzie mu wierzyli. Nie mam tu na myśli PRLu, ale lata 90. Wtedy to, co się mówiło w mediach, można było przyjąć, jako prawdę. Pomijam politykę, ale sprawy społeczne, fakty naukowe, one były sprawdzone, rzetelnie przekazane widzowi. Dziś, jeśli ktoś jest ekspertem w jakiejś dziedzinie, nie może oglądać telewizji, bo słyszy płytkie, często zniekształcone informacje, i szlag go trafia. Przeciętny widz „łyka” wszystko, ale z czasem i on widzi, że ktoś go po prostu buja. Stąd coraz więcej ludzi nie ma w domu nawet telewizora, nie czyta gazet, radio służy do słuchania muzyki. Zagraniczny kapitał, który opanował prywatne media nie jest dla przeciętnego odbiorcy problemem, bo poza sprawami politycznymi nie bardzo widać jego wpływ. Ale w kształtowaniu opinii może być zagrożeniem, tym bardziej, że na świecie nie brakuje środowisk Polakom i Polsce nieprzychylnych. Wydawcy są problemem głównie dla samych dziennikarzy, którzy po prostu nie mogą czuć się pewnie w swojej pracy, a to sprawa, że piszą, mówią pod wydawcę, pod tezę, a nie zgodnie z prawdą. Ta paradoksalna sytuacja, w której nie widzowie mają dla wydawcy znaczenie a reklamodawcy (ostatnie zmiany we WPROST i ich uzasadnienie) sprawia, że dziennikarz trzy razy pomyśli, co mu grozi, zanim coś opublikuje.

Niezależny to nieopłacany?

– Dla mnie niezależność to przede wszystkim rozłączenie redakcji od polityków i polityki. To możliwość publikacji także tego, co nie podoba się wspierającym władze danej gazety czy telewizji. W dzisiejszych czasach, jeśli coś jest nieopłacalne, to ginie. I to jest niestety trudna sytuacja, na którą receptą jest chyba tylko zmiana świadomości odbiorców. Jeśli ci będą wiedzieli, że nie muszą bezmyślnie przyjmować tego, co jest im podawane na tacy, że mogą poszukać obdartej z manipulacji informacji gdzieś indziej niż w głównym nurcie, to z czasem zaczną pośrednio opłacać inne media. Dziś pieniądze można zdobyć na wiele sposobów i to też w taki, żeby nie stanowiło to uzależnienia.

Gdzie kończy się granica niezależności a zaczyna prowadzenie dziennikarza na smyczy redaktora naczelnego? W którym momencie dziennikarz już tylko szczeka, ujada i gryzie, gdy pozwoli wydawca?

– Niebezpieczeństwo zaczyna się wtedy, gdy dziennikarz boi się pokazać materiał swojemu przełożonemu, gdy czuje, że musi go zrobić inaczej niż „wychodzi” mu to z zebranych faktów. Sytuacją skandaliczną, choć powszechną, jest taka sytuacja, gdy teza powstaje już na porannym kolegium. To zabija media i sprawia, że dziennikarz staje się psem gończym, chodzi na smyczy. Biorąc pod uwagę, że faktycznie redaktor naczelny wypłaca mu pensję, czyli go karmi lub przestaje go karmić, jeśli ten jest nieposłuszny, to mamy do czynienia z parodią mediów. Dziś niewielu dziennikarzy ma umowy o pracę, a te dałyby, choć odrobinę bezpieczeństwa (okres wypowiedzenia, odprawa, sąd pracy).

Jak dziennikarze są zastraszani, szantażowani, terroryzowani? To gołosłowność, czy zna Pan konkretne przypadki?

– Znam. Mówiłem o nich w moim nowym programie MASAKRA, który prowadzę na portalu vlogmag.pl. Zwalnianie dziennikarzy za nieprzychylne jednej partii komentarze na portalach społecznościowych to jeden z takich przypadków. Ale terror może polegać po prostu na „uświadamianiu” dziennikarza, że albo będzie posłuszny, albo na jego miejsce jest wielu chętnych. W sytuacji, gdy nie ma umów o pracę, dziennikarz nie ma instancji odwoławczej, a wielu musi spłacać kredyty, utrzymywać rodziny i nie ma takich zabezpieczeń jak pracownicy innych branż.

Pan, gwiazdor telewizji, rozpętał wojnę: cenzurze, manipulacji, fabrykowaniu nieprawdy. O co Pan walczy?

– Walczę, to duże słowo. Zmagam się, bardziej tu chyba pasuje. Zmagam się głównie z hipokryzją. Jeśli ktoś mówi: „żyjemy w kraju, w którym elity nas okradają a zwykły człowiek nic nie ma”, a sam tworzy lokalną elitę i wykorzystuje ciężką pracę innych, samemu dając sobie wielokrotnie wyższe, często ukryte wynagrodzenie, to jest to skandal. Jeśli ktoś mówi: media głównego nurtu kłamią, a sam na kolegiach mówi: „zróbmy tak a nie inaczej, ONI by tak zrobili”, a to już jest podłe. Uczy się młodych adeptów dziennikarskiej sztuki, że nie ma zasad. A zasady są. Zawsze były, nie możemy o nich zapominać. Te zasady to: przyzwoitość, uczciwość, prawdomówność. Walczę o to (skoro już tak pani pyta), żeby znów w tym moim małym medialnym świecie, jakże ważnym dla zwykłego człowieka, właśnie te wartości były najważniejsze.

Jak Pan rozumie pojęcie: wolność słowa?

– Zgodnie z prawem. Wolność słowa to prawo do mówienia, pisania, tego, co myślimy, wiemy, bez krzywdzenia innych. Nie podoba mi się amerykański model wolności słowa. Gdzie można powiedzieć wszystko, ale chciałbym, żeby w Polsce działał model zdroworozsądkowy. I w większości przypadków działa. Chociaż jest wiele osób, często wysoko postawionych, z dużą władzą i pieniędzmi, którzy starają się tę wolność ograniczać. Nie jest to jednak tak powszechne jak na przykład na Ukrainie, gdzie spotkałem się z dramatycznymi przykładami ograniczania wolności słowa.

I za możliwość mówienia prawdy, chciałby Pan nie chodzić na smyczy i jeszcze dostawać godziwe pieniądze?

– Na swoje wynagrodzenie przeważnie nie narzekałem, chociaż bywały przypadki, kiedy byłem po prostu oszukiwany przez pracodawcę. Słyszałem na przykład: „będziesz pracował więcej, dostaniesz więcej”. Pracowałem więcej, a w odpowiedzi słyszałem: wiesz, jest ciężko… Ale rozważając, co i jak chcę w życiu robić, powtarzam sobie: rób swoje. Pieniądze, jeśli będziesz robił dobrze i z serca, przyjdą same. I zawsze przychodziły. Myślenie odwrotne jest zgubne.

Ubolewa Pan, że dziennikarze zarabiają po 2 tys. zł miesięcznie. Woła Pan: nie da się tak żyć. Jak Pan myśli, jaki procent Polaków musi żyć za tyle właśnie, co miesiąc?

– Nie pracuję w GUS-ie i nigdy nie chciałem. Wiem, ile zarabiają ludzie w supermarkecie (mając do tego etat, świadczenia, odkładając na emeryturę, dostając prawo do zasiłku, czy prawo do urlopu) i wiem jak pracują, nie tak już młodzi ludzie w mediach, dostając 2 tysiące minus podatek za 10-12 godzin. Wiem, że dostają grafik pracy i pytają: czy to, aby nie łamanie kodeksu pracy, że pracuję na „dzieło” a dostaję grafik, zakres obowiązków. Wiem, że najpierw boją się zapytać szefa o urlop, a jak już się odważą, to słyszą, że będą musieli to odpracować (na umowie o dzieło) a potem jeszcze okazuje się, że jak ich nie ma w pracy, to nie dostaną tyle, co zawsze, więc w sumie lepiej zrezygnować z wyjazdu i pocieszyć się, że przecież ciężką pracą za 10 lat na pewno do czegoś dojdą. Znam też starszych pracowników mediów, którzy usłyszeli: „wiesz co, jesteś za stary, idź sobie, bo na twoje miejsce właśnie przyjęliśmy sześciu stażystów, z których trzech za trzy miesiące wyleci, a trzech dostanie tysiąc złotych i będzie nas całowało w rękę z wdzięcznością”. Większość się nawet nie żali, bo jedyne, co im zostaje to godność, a tej nie wolno nigdy sprzedać.

Dziennikarz w Polsce nie czuje się bezpieczny? Co Pan pod tym rozumie?

– Już o tym wspominałem. Jest to jeden z niewielu zawodów bez jakiegokolwiek zabezpieczenia. Słyszała Pani kiedyś, by inspekcja pracy przeprowadziła kontrolę w redakcji i doszła do wniosku, że łamany jest Kodeks Pracy? Ja nie słyszałem, a pracowałem w kilku redakcjach i we wszystkich był. Jak to możliwe? Cóż, są sposoby…

Głosi Pan hasło: MASZ PRAWO WIEDZIEĆ – naprawdę Pan myśli, że społeczeństwo pragnie prawdy? I ją przyjmuje: o Pułkowniku Kuklińskim, o zamachu w Smoleńsku, o niemieckim obozie zagłady w Warszawie (KL Warschau)?

– Ludzie chcą prawdy, tylko dziś często nie wiedzą jak prawdę odróżnić od propagandy. Powiem tak: większość z nas śmieje się, że Rosja Putina to media, które tylko kłamią i omamiają ludzi. Problem polega na tym, że nas też dosięga zachodnia propaganda i przyjmujemy ją bez zająknięcia. Wierzyliśmy w Al-kaidę, teraz wierzymy w ISIS, wierzymy w tysiące niepotwierdzonych faktów, bo… „jak napisał prestiżowy amerykański dziennik”. Od lat wyznaję zasadę ograniczonego zaufania w stosunku do mediów i każdemu to radzę. Nie popadajmy w paranoję, ale gazeta to nie encyklopedia. Czytasz coś, poszukaj zdania przeciwnego, zestaw fakty, skonfrontuj opinie, sam wyrób sobie pogląd. Nie bez powodu media tak często stosują prosty zabieg podpierania się autorytetami. Ludzie patrzą w telewizor, lubią danego eksperta i po prostu zgadzają się z tym, co mówi, bo przekładają ocenę postaci na ocenę faktu. To błąd, który bez skrupułów wykorzystują dziennikarze.

MASAKRA to nowy program czy typ dziennikarstwa uprawianego na ulicy? To Pana pomysł na prywatne, niezależne media? Skąd weźmie Pan na ten cel pieniądze?

– O tym też mówiłem. Najpierw praca potem kasa. „Masakra” to program, który chwilowo dzieje się na ulicy. Jak tylko zarobimy na studio, wyniesiemy się stamtąd. Chcę wraz z kilkoma pasjonatami, którzy również za darmo mnie wspierają, stworzyć program podobny do amerykańskich „late night show”. Lekką formę, w której znajdzie się miejsce na fakty i opinię. Uczciwą, bo pokazującą „jak jest”.  A pieniądze? Dziś coraz bardziej popularny jest crowdfunding. Ludzie, jeśli uznają, że coś im się podoba mogą, ale nie muszą dorzucić się do puli. Tak powstało wiele nowych mediów na Ukrainie, które pośrednio doprowadziły do obalenia poprzedniego reżymu. Ja obalać nie zamierzam, ale nie wykluczam, że kiedyś zwrócę się do widzów z propozycją: zmieńmy coś razem.

Będzie Pan nadal reporterem w najtrudniejszych momentach: jak wcześniej na kijowskim Majdanie czy na Marszu Niepodległości?

– Nie wykluczam tego. Niestety, praca w terenie kosztuje bardzo dużo. Po odejściu w TV Republika, na własny rachunek pojechałem na front. Przebyłem trasę od Stanicy Ługańskiej do Piasków pod Donieckiem. Bez ubezpieczenia, (chociaż tak było też w Republice), bez zabezpieczenia, bez wsparcia. Do dziś nie mam środków, by z tego materiału zrobić film dokumentalny. Żywa telewizja to też coś, co bardzo mnie „ciągnie”, coś, co daje mi ogromną satysfakcję, coś, co sprawia, że chcę dalej być dziennikarzem. Mam nadzieję, że do nas front nie przyjdzie, ale gdyby jednak przyszedł, to obok karabinu pewnie zawsze miałbym mikrofon, jak bardzo nierealnie i głupio by to nie brzmiało.

Proszę dokończyć: niezależny dziennikarz to

– Nie można być trochę niezależnym, tak jak nie można być trochę w stanie błogosławionym. Niezależny dziennikarz to taki, który nie musi się martwić o przyszłość swojej rodziny i o to, że nie ma ubezpieczenia, świadczeń emerytalnych, możliwości odpoczynku, chociaż dwa razy do roku. To człowiek, który może poświęcić się swojej pracy i opublikować prawdę, a nie „produkt” zgodny z myślą wydawcy, który de facto musi być zgodny z myślą jego zaplecza finansowego.

Dziennikarz to zawód zaufania społecznego. Proszę wymienić 3 nazwiska polskich dziennikarzy, obecnie pracujących w mediach, którzy zasługują na to miano.

– Zaczęliśmy ten wywiad od tego, że jestem młody, albo nawet za młody. Nie będę oceniał, bo nie mam do tego prawa. Jest w mediach kilka postaci, które zaskakują rzetelnością. Celowo piszę, że zaskakują, bo to dziś nie jest popularna postawa. Mam kilka swoich sympatii, kilka osób, którym bacznie się przyglądam. Ale moje oceny nie wychodzą poza moją głowę, ewentualnie moje mieszkanie i to nie tylko, dlatego, że nie mam prawa oceniać ich publicznie, ale także, dlatego, że ocena dziennikarza przychodzi wtedy, gdy ten po raz ostatni stawia kropkę, gdy odkłada mikrofon, gdy gasną światła i gdy gaśnie człowiek. Jego praca jednak pozostaje na zawsze. Wydrukowana, wysłana w eter, zapisana na twardych dyskach serwerów. Takie nasze przekleństwo, ale taki już jest ten nasz przeklęty i ukochany przeze mnie zawód.

Zawód wykonywany z pasją to gwarancja sukcesu. Dziękuję za rozmowę.