„Nie uciekłam, bo znałam tych ludzi” – opowieść Weroniki Plicner, zamordowanej 29 sierpnia 1943 r. w Sokołówce na Wołyniu.Nie wiem, kiedy dokładnie zaczęło się to wszystko zmieniać. Najpierw były tylko wieści — szeptane między domami, między kobietami na podwórkach, między tymi, które przychodziły po pomoc przy porodzie. Mówili, że gdzieś dalej płoną wsie. Że ludzie giną. Że trzeba uważać.
Ale tu, w Sokołówce, zawsze było inaczej. Tak nam się wydawało.

Znałam tych ludzi.
Nie „ich” — tylko naszych ludzi. Tych samych, którzy przychodzili do mnie, kiedy zaczynał się ból. Tych, których dzieci odbierałam w ciemnych izbach, kiedy świat jeszcze był spokojny. Tych, których trzymałam za rękę, kiedy rodziło się życie.

Jak mogłabym się ich bać?

Mój dom stał w środku kolonii. Widziałam z niego wszystkie drogi, którymi wracały kobiety z pól. Słyszałam śmiechy dzieci, krzyki bydła, zwykły rytm dnia.

A jednak tamtego lata coś było inne.
Psy zaczęły szczekać krócej, jakby bały się własnego głosu. Ludzie mówili ciszej. Nawet wiatr brzmiał inaczej.
Ale ja zostałam.
Bo przecież nie zrobiłam nikomu krzywdy.
W nocy obudziło mnie coś, czego nie umiałam nazwać.
Nie był to jeszcze strach.
To było raczej uczucie, że wieś… milknie.
Nie tak, jak zwykle. Nie spokojnie. Raczej jakby ktoś ją przyciszył dłonią.
Wstałam. Patrzyłam przez okno. Nic nie widziałam, tylko ciemność.
Potem przyszły światła.
Najpierw daleko. Później bliżej. Jakby ktoś zapalał ognie w miejscach, gdzie nie powinno być ognia.
Ktoś krzyczał.
Nie wiem kto.
Wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że może trzeba iść.
Ale nie poszłam.
Bo gdzie miałabym iść?
Tu były moje ręce. Tu były moje dzieci, które odbierałam. Tu była ziemia, którą znałam.
I jeszcze jedna myśl — głupia, jak dziś widzę:
że może mnie uszanują.
Gdy zaczęło się robić jasno, nie było już wątpliwości.
Coś szło przez wieś.
Nie pojedynczo. Nie przypadkiem.
Jak fala.
Słyszałam krzyki z sąsiednich gospodarstw. Ogień był już gdzieś bardzo blisko.
Wtedy zobaczyłam syna — jeszcze nie całkiem zdecydowanego, jeszcze stojącego między „zostać” a „uciekać”.
Powiedziałam mu wtedy, że ja zostaję.
Nie dlatego, że nie rozumiem.
Ale dlatego, że nie wierzę, żeby to mogło dotyczyć mnie.
Później wszystko działo się szybko.
Za szybko, żeby to zapamiętać w porządku.
Najpierw hałas.
Potem bieganie.
Potem ogień.
A potem — twarze, których nie rozpoznaję już tak, jak kiedyś.
Nie pamiętam momentu, kiedy przestałam mieć wybór.
Pamiętam tylko, że mój dom nie był już domem.
Jeśli to czyta ktoś, kto znał mnie kiedyś jako akuszerkę, może nie zrozumieć, jak to możliwe.
Ale ja naprawdę wierzyłam, że tutaj nikt nie podniesie na mnie ręki.
Bo odbierałam ich dzieci.
Bo znałam ich imiona.
Bo myślałam, że to wystarczy.
Nie wystarczyło.

*****

Relacja Walerego Plicnera (Sokołówka / Jasienówka, 29 VIII 1943)

Nie wiem, czy da się to wszystko opowiedzieć w porządku. W pamięci nie ma porządku. Jest tylko to, co zostało.
Tamtej nocy byłem w Sokołówce, przy matce. Ojciec już nie żył od dawna, a my zostaliśmy w kolonii — z nadzieją, że nic się nie stanie, chociaż prawie cała rodzina uciekła do Włodzimierza.
Matka mówiła, że nie będzie uciekać. Powtarzała, że nikomu nic złego nie zrobiła. Że odbierała dzieci, że znała ludzi, że wszyscy ją znają. Była akuszerką w okolicy. Wiele rodzin, także ukraińskich, miało wobec niej jakiś dług — tak jej się wydawało.
Zostałem z nią.
Noc
W nocy nic nie zapowiadało jeszcze końca. Było cicho, ale to nie była zwykła cisza wsi. Raczej taka, która nie ma w sobie życia.
Nie spałem.

Pierwsze światła
Pierwsze zobaczyłem łuny nad sąsiednimi wioskami. Nie od razu zrozumiałem, co to znaczy. Myślałem, że to pożar gdzieś dalej, przypadek.
W końcu zrozumiałem, że to nie jest jeden dom, nie jedna kłótnia, nie jeden ogień. To idzie przez całą naszą okolicę.
Matka
Matka nadal nie chciała odejść.
Powtarzała, że tu jest jej miejsce. Że nie ma powodu uciekać.
Ja już wtedy wiedziałem, że to się nie zatrzyma.
Zostałem jeszcze chwilę.
Nie umiem powiedzieć, ile dokładnie. Czas się wtedy rozpadł.

Ucieczka
Nie biegłem od razu. Najpierw szedłem. Potem już biegłem.
Schowałem się w sianie, niedaleko ukraińskiej wioski.
Nie wiem, czy to była odwaga, czy strach, czy jedno i drugie.

Kobieta ukraińska
Znalazła mnie tam znajoma Ukrainka.
Nie zdradziła mnie.
Przyniosła jedzenie. Potem przyszła znowu.
I powiedziała mi, że Sokołówka i Jasienówka płoną. Że „Banderywci wsich Polakiw wbyły” i że oni przyjdą tutaj też.
Powiedziała, żebym uciekał.

Powrót
Poszedłem jeszcze do Sokołówki.
Nie wiem dlaczego.
Może nie wierzyłem. Może chciałem zobaczyć, czy jeszcze coś zostało.
Zobaczyłem spalone domy. Dym nad nimi jeszcze się unosił.
I ciała.
Dużo ciał.

Matka
Przed naszym domem znalazłem matkę.
Nie żyła.
Jej twarz była zniszczona. Widać było uderzenie tępym narzędziem.
Nie mogłem jej tam zostawić od razu.
Pochowałem ją za stodołą.
Nie było czasu na nic więcej.

Droga do Bugu
Potem wyszedłem.
Nie wróciłem już do