Jak Wam się podoba taki fragmencik Metatrona? To będzie najbardziej pokręcona książka, jak przyszła mi do głowy i tak, jak to przepowiadają mi hejterzy „nie sprzeda się”. Hahaha! I tak ją napiszę. Pobawię się językiem i stylami. Będzie drastyczna i okrutna.

„Dziesięć lat temu skorupa, którą zamieszkiwałem od dawna zrozumiała, że musi dzielić się ze mną swoimi nerwami, kośćmi, krwią, mózgiem, swoimi kłopotami i radościami. Byłem Piotrem Wiślickim, miałem pracę, miałem dom, miałem żonę. Pewnej lipcowej nocy obudził mnie blask. Otworzyłem nagle oczy, lecz nie widziałem nic poza świetlistą nicością, parzącą mnie wszystkimi barwami ognia, wybuchami miliardów słońc, narodzinami i śmiercią niezliczonych istnień o kształtach, których nie potrafiłem nazwać. Usiłowałem przeniknąć przez ten ognisty ocean, ale nie mogłem pozbyć się mokrego od potu, pełnego strachu i jego wydzielin więzienia. leżałem przez chwilę bez ruchu, czekając, aż mrok oddzieli światło od rzeczywistości i świat powstanie na nowo. Tak samo nagle, jak spłonął w świetle, powrócił pokój ze swoimi sprzętami, urządzeniami i świadomością istnienia w ograniczonej przestrzeni. Obok spała spokojnie znana mi skądsiś kobieta. Wstałem, spojrzałem na nią, po czym poszedłem do szafy, wyjąłem ubranie i zacząłem się ubierać.

– Co robisz? – usłyszałem głos kobiety.
– Ubieram się! – wyjaśniła skorupa – Muszę iść do pracy.
– O tej porze? Jest trzecia w nocy. Wiem, że twoja robota jest dziwna, ale nic mi wczoraj nie mówiłeś!
– Wczoraj świat był inny, a dziś sprawy przyspieszyły – mruknąłem, by usprawiedliwić skorupę i nie patrząc na kobietę wyszedłem z pokoju i poszedłem do pracy.

Wiedziałem, że skorupa jest mi potrzebna. Nie była synem Jareda i nie miała jego mądrości, ale musiała mi wystarczyć. Nie mogłem przecież w tym zapomnianym świecie nosić wszystkie swoje siedemdziesiąt dwa imiona ani zabierać dusze wskazane mi każdego ranka przez Boga. Kiedyś na Jego rozkaz powstrzymałem uzbrojoną w nóż rękę ojca, któremu kazano poświęcić syna, lecz od lat żaden Głos nie wzywał mnie do działania, więc ludzie sami poświęcali codziennie swoje dzieci, rozprawiali uczenie o piekle i niebie, zapomnieli o kruchości swoich skorup, toczyli wojny, które zawsze kończyły się tak samo – żałobą i płaczem, bo radość zwycięzców definiowana jest jedynie liczbą ofiar. Nie mogłem wezwać Gabriela i Samaela, ponieważ umilkł Głos, a Helel Ben-Szachar, świetlisty oszczerca, zagubił się w ciemności. Bóg zasnął, a ja postanowiłem go zbudzić. Wstrząsnąć Nim tak, jak kiedyś wstrząsnął Nim ból Abrahama. Rozumiecie teraz, do czego potrzebna mi była skorupa.”