Przyznaję, że jestem załamana rozmiarem jakiejś wręcz dziecięcej naiwności pomieszanej z hipokryzją w debacie na temat migrantów na białorusko – polskiej granicy.

Byłoby wspaniale, gdyby w ludzkim świecie wartości zawsze były niesprzeczne. To znaczy, gdyby dobre rozwiązanie stało tylko na przeciw złego rozwiązania. Niestety w życiu jest tak, że bardzo często musimy wybrać pomiędzy różnymi wartościami. I bywa tak, że każde rozwiazanie jest w jakims aspekcie złe, a wybór jest bardzo trudny. Wymagający roztropności i umiejętności przewidywania następstw swoich czynów.

Jest wiadome i bezsporne, że w ostatnim czasie migranci są dostarczani przez rząd Aleksandra Łukaszenki na granice Litwy i Polski, jako rodzaj „żywej broni”. Jest to instrument politycznego nacisku i szantażu, a główna część operacji zaczęła się po nałożeniu przez UE bolesnych sankcji na reżim w Mińsku.

Zarówno Łukaszenka, jak i władze w Moskwie doskonale zauważyły jakim problemem stała się dla krajów Zachodu niekontrolowana migracja, jak wielkie emocje i konflikty wywołuje. My w Polsce dostarczamy na to w tej chwili dodatkowo tak efektownych dowodów, że jesteśmy na najlepszej drodze do skłonienia Łukaszenki (i ewentualnie Putina) do kontynuowania „ludożerczej” operacji ad infinitum. Jest też oczywiste, że powodzenie jednej operacji „przepychania” sprowadzanych na Białoruś migrantów, zaowocuje następnymi próbami. Zamiast jednego obozowiska przy granicy, wyrosną 3 kolejne. I tak dalej.

Tu warto przejść do osobnego DUŻEGO zagadnienia, a jest nim ogólnie kwestia przyjmowania imigrantów w Europie.
Potencjalnych przybyszów można podzielić na trzy kategorie.

Pierwsza to uchodźcy polityczni. Jest oczywiste, że nasza kultura i prawo zobowiązują nas do przyjmowania ludzi, którzy są prześladowani w swoim kraju w związku z działalnością polityczną i społeczną, którą prowadzili, próbując zmienić ten kraj na lepsze.

Drugą grupą są ci, którzy są prześladowani czy dyskryminowani ze wględu na samą przynależność do jakiejś grupy. Tych ludzi bywa wielu, a możemy ich przyjąć tylko tylu ile pozwala nam sprawnie „strawić” nasza sytuacja społeczna i gospodarcza w danej chwili.

I wreszcie trzecią, najliczniejszą grupą są migranci ekonomiczni, którzy szukają możliwości lepszego życia. Zważywszy na to, że ludzi, ktorzy żyją zdecydowanie gorzej niż 450 mln. mieszkańców Unii Europejskiej i może chcieliby poprawić swoje życie poprzez przeprowadzkę, może być na świecie nawet i miliard – przyjąć ich wszystkich raczej nie da rady.
Tych ludzi też oczywiście możemy przyjmować, ale bez destrukcji dla struktury społecznej i systemu gospodarczego możemy ich przyjąć tylko o tyle, o ile są nam potrzebni i tylko tylu ile bedzie przydatnych – tak by wynikał z tego obopólny pożytek.

Istotną role odgrywają tu też różnice kulturowe i cywilizacyjne. Te różnice to nie slogan skrajnej prawicy – to codzienna rzeczywistość przejawiająca się w konkretach. Jest oczywiste, że trudniej adaptują się ludzie, którzy są analfabetami nawet we własnym języku, niż osoby wykształcone, ludzie żyjący w podobnej kulturze – niż ci, dla ktorych eropejska (w tym przypadku polska) kultura i obyczaje są cudaczne, a niekiedy odpychające. Efektem migracji, która nie uwzględnia tych realiów i która się „żle przyjęła” są getta, nie znikające nawet w trzecim pokoleniu.
Nie ulega dla mnie wątpliwości, że w Polsce grupa dajmy na to 50 tys. arabskich imigrantów może adaptować się znacznie trudniej i wywierać efekt wielokrotnie bardziej destabilizujący społecznie, niż milion imigrantów ukraińskich.

Filozofia przyjmowania w krajach europejskich wszystkich migrantów uciekajacych przed biedą i problemami ze swoich krajów, przypomina koncepcję osuszania morza łyżeczką. Kolejni dobrzy i szlachetni we własnym pojęciu „pomagacze” krzyczą: łyżeczka to za mało, wybierajmy chochlą, nie, chochla to słabo, zobaczcie jakie straszne to morze – wybierajmy wiadrami….
Efekt – niestety jest do przewidzenia.

Osobną sprawą są wielkie grupy uchodżców wojennych. Ci ludzie zostali zmuszeni do ucieczki ze swoich domów, czesto w strasznych okolicznościach, ale (przynajmniej w teorii) tylko czasowo. I jest obowiązkiem społeczności międzynarodowej podejmowanie wszelkich starań, by ich wesprzeć i by do tych domów mogli powrócić. W tym sensie nie jestem przeciwna dobrze przemyślanym interwencjom humanitarnym, zwłaszcza, że niektóre konflikty zbrojne, mają tendencje przechodzić w stan permanentny.

Czy to dobrze, że żyjemy w świecie potwornych nierówności? Że Europa jest nieprzyzwoicie bogata i nieprzyzwoicie dobrze żyje na tle wielu innych regionów i krajow? Nie, to niedobrze i odpowiedzialna polityka miedzynarodowa nie może tego nie uwzgledniać. Ale koncepcja, że zaradzimy temu migracją jest żałosna i dziecinna.

A słuchanie, gościa, który mowi, że nie wiadomo po co straż graniczna na granicy polsko-białoruskiej wyposażona jest w karabiny i czemu stoją tam żołnierze, czyżby chcieli strzelać „do uchodżców”- jest po prostu ponad moje siły! Szanowny poselski bęcwale – kilkaset kilometrów od tego miejsca, gdzie stoją dziś polscy strażnicy graniczni, do żołnierzy sie strzela. Tam robia pif paf i ukraińscy żołnierze giną. Więc oszczędź nam lepiej swoich bredni.

Autor: Agnieszka Maria Romaszewska-Guzy
Polska dziennikarka prasowa i telewizyjna, dyrektor Biełsat TV, od 2011 wiceprezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.