Mirsk – historia, która powinna nas nauczyć, że Bóg nie buduje murów między ludźmi

O pastorze, księdzu katolickim i dwóch świątyniach, które kiedyś przypominały mieszkańcom, że wiara nie musi oznaczać podziałów.

Kiedy patrzę na historię Mirska, szczególnie na dzieje dwóch świątyń – katolickiej i ewangelickiej – zastanawiam się, czy my, współcześni chrześcijanie, nie powinniśmy czasem wrócić do tego, co w naszej wierze najważniejsze.

Do miłości bliźniego.

Do szacunku.

Do wzajemnej pomocy.

Historia Mirska kryje bowiem przykład, który warto przypominać nie tylko mieszkańcom tej miejscowości, ale również wszystkim chrześcijanom, niezależnie od tego, do jakiego Kościoła należą.

Zanim powstał kościół ewangelicki, pojawiła się pomoc katolickiego proboszcza

Historia mirskich ewangelików jest znacznie starsza niż sama świątynia, której ruiny możemy oglądać przy ulicy kpt. Stanisława Betleja.

Po wprowadzeniu swobody religijnej na Śląsku w 1741 roku ewangelicy z Mirska mogli organizować własne nabożeństwa. Wcześniej musieli udawać się na Łużyce.

23 lutego 1741 roku powołano w Mirsku urząd kaznodziei. Pierwszym kaznodzieją został Gottlieb Stöckel z Jurcza. 12 marca 1742 roku odprawił pierwsze nabożeństwo ewangelickie w jednej z sal ratusza.

I właśnie tutaj pojawia się postać, którą szczególnie warto zapamiętać.

Ówczesny katolicki proboszcz, ksiądz Thienst, nie potraktował ewangelików jak wrogów. Przeciwnie. Kronikarz Bergemann opisywał go jako człowieka wyrozumiałego i ludzkiego.

Ksiądz pozwolił na odprawienie nabożeństwa, a nawet wypożyczył ze swojego kościoła instrumenty muzyczne i inne przedmioty potrzebne do jego przeprowadzenia.

Zatrzymajmy się na chwilę przy tym fakcie.

Katolicki ksiądz pomagał ewangelickiej wspólnocie rozpocząć życie religijne. Nie pytał, czy pastor wyznaje dokładnie tę samą doktrynę. Nie odmawiał pomocy dlatego, że drugi duchowny inaczej rozumiał niektóre prawdy wiary.

Rozumiał, że po drugiej stronie jest człowiek, który również chce modlić się do Boga.

To nie jest wymyślona współczesna opowieść o tolerancji. To wydarzenie zapisane w historii Mirska. mirsk.eu

Dwie wspólnoty, dwa kościoły i wspólna historia miasta

Przez następne kilkanaście lat ewangelicy odprawiali nabożeństwa w sukiennicach, a przez pewien czas również w ratuszu.

W 1746 roku, podczas obchodów dnia pokoju, w Mirsku odbywały się uroczystości zarówno ewangelickie, jak i katolickie. Nabożeństwa sprawowano w obu wspólnotach.

W 1756 roku rozpoczęto budowę właściwego kościoła ewangelickiego. 20 kwietnia wytyczono plac pod budowę, a tydzień później położono kamień węgielny. Pracami kierował mistrz budowlany Krystian Tschirch z Mirska.

Świątynia powstała na planie prostokąta, miała dwie empory i mogła pomieścić około 1200 wiernych. Jej budowa kosztowała 5625 talarów. Uroczyste poświęcenie odbyło się 2 października 1757 roku.

Warto pamiętać, że ta historia nie zaczęła się od rywalizacji dwóch Kościołów. Zaczęła się od pomocy jednego duchownego drugiemu.

Kiedy dzwony obu kościołów zabrzmiały razem

Kolejny niezwykle wymowny przykład znajdujemy w XIX wieku.

Ewangelicka wspólnota przez lata zbierała środki na budowę wieży i zakup dzwonów. Ostatecznie w latach 1880–1881 powstała ponad 60-metrowa wieża, na której zawieszono trzy dzwony.

Uroczystości poświęcenia wieży i dzwonów zgromadziły mieszkańców oraz przedstawicieli różnych organizacji.

Jak odnotował kronikarz, podczas przemarszu dzwoniły dzwony obu kościołów – ewangelickiego i katolickiego.

To piękny obraz.

Dwa wyznania, dwie świątynie, dwa porządki liturgiczne, ale jedna społeczność lokalna.

Jeszcze bardziej wymowna jest historia z 13 lutego 1924 roku. Tego dnia poświęcono trzy nowe dzwony dla kościoła ewangelickiego.

Cała wspólnota ewangelicka i katolicka udała się na dworzec kolejowy, aby wspólnie przywitać przywiezione dzwony. Następnie w procesji przeprowadzono je pod kościół ewangelicki.

W uroczystości uczestniczył proboszcz katolickiej parafii, ksiądz Ernst.

Nie był to więc wyłącznie dzień ewangelików. Było to wydarzenie, w którym uczestniczyli również katolicy.

Czy nie tak właśnie powinna wyglądać wspólnota mieszkańców?

Czy nie na tym powinno polegać chrześcijaństwo? mirsk.eu

Historia nie była wolna od podziałów

Nie chcę idealizować przeszłości. Historia relacji między katolikami a ewangelikami nie zawsze była łatwa.

W 1654 roku, w okresie kontrreformacji, kościół w Mirsku został odebrany protestantom i przekazany wspólnocie katolickiej. Ewangelicy przez następne dziesięciolecia nie mieli własnej świątyni.

To również część historii, o której trzeba pamiętać. Pokazuje ona, jak bolesne konsekwencje może mieć sytuacja, w której religia zostaje podporządkowana walce o władzę i dominację.

Ale tym bardziej warto podkreślać późniejsze przykłady wzajemnego szacunku.

Bo człowiek nie powinien być oceniany przez pryzmat wyznania, do którego należy, lecz przez to, jakim jest człowiekiem i jak traktuje innych.

Co dzisiaj zostało z tej historii?

Kościół ewangelicki w Mirsku nie pełni już swojej pierwotnej funkcji. Ostatnie nabożeństwo odbyło się w maju 1958 roku. W 1961 roku, po uderzeniu pioruna, świątynia została poważnie zniszczona przez pożar. Do naszych czasów przetrwały jej ruiny.

Organy z mirskiego kościoła zostały przeniesione do Wisły, gdzie znalazły nowe miejsce i nadal służą wiernym.

Dzisiaj ruiny przy ulicy Betleja są świadectwem obecności ludzi, którzy przez pokolenia tworzyli religijną i społeczną historię tego miasta. mirsk.eudziedzictwo.ewangelicy.pl

Ale moim zdaniem największym dziedzictwem tego miejsca nie są mury, wieża czy dzwony.

Jest nim lekcja, którą pozostawili nam dawni mieszkańcy Mirska.

Katolicyzm nie może być usprawiedliwieniem dla nienawiści

Piszę o tym również jako duchowny.

Jestem kapłanem i wiem, jak wielką odpowiedzialnością jest głoszenie Ewangelii. Wiem też, że słowa o miłości bliźniego bardzo łatwo wypowiadać, ale znacznie trudniej wcielać je w życie.

Szczególnie niepokoi mnie sytuacja, w której różnice wyznaniowe stają się powodem niechęci, pogardy, a nawet nienawiści.

Tym bardziej boli mnie to wtedy, kiedy takie postawy pojawiają się w środowiskach odwołujących się do chrześcijaństwa.

Czy można mówić o miłości Chrystusa, jednocześnie odmawiając drugiemu człowiekowi prawa do szacunku tylko dlatego, że należy do innego Kościoła?

Czy można głosić Ewangelię, a jednocześnie budować mury między ludźmi, którzy modlą się do tego samego Boga?

Czy katolicyzm ma polegać na tym, że będziemy szukać powodów do wykluczania innych chrześcijan?

Nie tak rozumiem chrześcijaństwo.

Katolickość nie powinna oznaczać zamknięcia na drugiego człowieka. Nie powinna być narzędziem wywyższania się nad innymi ani usprawiedliwieniem dla pogardy.

Możemy różnić się w sprawach teologicznych, możemy mieć odmienne tradycje, liturgie i rozumienie niektórych kwestii doktrynalnych. Nie oznacza to jednak, że musimy być wobec siebie wrodzy.

Ekumenizm nie polega na udawaniu, że różnic nie ma. Polega na tym, że mimo ich istnienia potrafimy rozmawiać, pomagać sobie i wspólnie służyć człowiekowi.

Przecież głodny człowiek nie powinien najpierw odpowiadać na pytanie, czy jest katolikiem, ewangelikiem czy prawosławnym, zanim otrzyma pomoc.

Cierpiący człowiek potrzebuje obecności drugiego człowieka, a nie sprawdzania jego przynależności wyznaniowej.

Mirsk przypomina nam o czymś bardzo ważnym

Kiedy myślę o księdzu Thienście, który przed niemal trzema stuleciami udostępnił ewangelikom instrumenty ze swojego kościoła, oraz o księdzu Erneście, który uczestniczył w poświęceniu ewangelickich dzwonów, widzę w tych wydarzeniach coś więcej niż tylko lokalną historię.

Widzę chrześcijaństwo w praktyce.

Nie potrzebujemy dzisiaj wielkich deklaracji, konferencji i pięknych dokumentów, jeśli nie potrafimy okazać zwykłej ludzkiej życzliwości drugiemu duchownemu.

Czasami wystarczy podać rękę, pomóc w potrzebie, wspólnie pomodlić się za mieszkańców, wesprzeć potrzebujących albo po prostu nie powiedzieć złego słowa o człowieku, który inaczej wyznaje swoją wiarę.

Chciałbym, aby historia Mirska była przypomnieniem dla wszystkich duchownych i wiernych.

Kościół powinien być miejscem, w którym człowiek odnajduje Boga, a nie miejscem, w którym uczy się nienawiści do drugiego człowieka.

Nie musimy wszyscy być tacy sami, aby potrafić być razem.

Nie musimy odprawiać tej samej liturgii, aby wspólnie pomagać potrzebującym.

Nie musimy mieć identycznych poglądów teologicznych, aby okazywać sobie szacunek.

Bo ostatecznie nie liczba naszych sporów będzie świadectwem naszej wiary, lecz miłość, którą potrafimy okazać drugiemu człowiekowi.

A jeśli ktoś zapyta mnie, czego możemy nauczyć się z historii dwóch kościołów w Mirsku, odpowiem:

Możemy nauczyć się, że Bóg nie potrzebuje naszej nienawiści, abyśmy bronili swojej wiary. Potrzebuje ludzi, którzy potrafią kochać.

ks. kan. Łukasz Urbanowicz