Nadchodzące święta to święta rodzinne choć jest to dosyć niesprawiedliwe, bo wiele samotnych osób ma odmienne zdanie. Tak czy owak, to m.in. czas obdarowywania bliskich i przyjaciół prezentami. Jednak nie te „kupne” są najcenniejsze. Opowiem Wam o jednym, dla mnie do tej pory, najcenniejszym.
Mieszkałem już wtedy przy ulicy Grunwaldzkiej w Wyrzysku.
Już dokładnie nie pamiętam ile miałem lat kiedy opisane wydarzenie miało miejsce.
Boże Narodzenie zapowiadało się ponuro, bo ojciec od miesięcy przebywał w szpitalu w Bydgoszczy i nic nie wskazywało na to, że usiądzie z nami przy wigilijnym stole.
Mama z babcią starały się by „wszystko było jak dawniej”, ale wszyscy wiedzieliśmy, że to tylko gra, teatr, które były tylko iluzją „tego co dawniej”. Sympatyczną, z ich strony, próbą pocieszenia nas, że można świętować narodzenie Jezusa bez jednej z najbliższych osób.
Oboje z siostrą byliśmy w kiepskich nastrojach. Nawet nie skusiłem się na wydłubywanie kruszonki z ze świeżo upieczonej drożdżdzówki, którą babcia próbowała poprawić mi nastrój.
Pamiętam dobrze to uczucie pustki gdy w wigilijny wieczór patrzyłem przez okno w swoim pokoju na rozświetlone blaskiem choinki okna sąsiadów w bloku na przeciwko. Zazdrościłem moim rówieśnikom, że spędzają święta z rodzicami.
Mieliśmy już siadać do stołu gdy rozległ się dzwonek do drzwi.
Byliśmy wszyscy zaskoczeni bo nie spodziewaliśmy się nikogo.
Ktoś po ich drugiej stronie, nie czekając aż mu je otworzymy (wtedy rzadko się jej zamykało) wszedł dziarsko do korytarza.
Na początku nie mogłem uwierzyć, ale to był ojciec.
Nie muszę opowiadać co było dalej. I to był mój najlepszy prezent pod choinkę.
Więcej tekstów autora przeczytacie na blogas24.pl
Zostaw komentarz