Rodzina daje mi korzenie.
Polityka – wiarę, że można zmieniać świat, nawet jeśli czasem trzeba się przy tym porządnie namęczyć.
A pisanie? Pisanie jest moją terapią.
Kiedy słowa układają się w zdania, a zdania w myśli, które wreszcie mają sens – czuję ulgę. Jakbym na chwilę odkładała ciężar, który noszę każdego dnia.
Ale szczerze? Czasem nawet to nie wystarcza.
Bo życie to nie tylko pasje i żywioły. To także praca, która potrafi wyssać energię do ostatniej kropli. To rodzicielstwo, które wymaga mnie całej – nie fragmentu, nie resztki, ale mnie. To obowiązki, terminy, odpowiedzialność i zmęczenie, które przez lata odkłada się gdzieś głęboko, aż pewnego dnia organizm mówi:
Dość.
U mnie właśnie tak powiedział.
Nie po jednym trudnym dniu.
Nie po jednej trudnej sytuacji.
Po latach dźwigania wszystkiego naraz.
Momentami jest naprawdę trudno.
A potem wracają małe odrobiny sił. Nie wielkie. Nie heroiczne. Nie takie, które pozwalają przenosić góry.
Po prostu wystarczające, żeby zrobić kolejny krok.
Czasem wystarczające tylko na jeden oddech.
I wiem jedno – gdyby nie ktoś, kto jest obok i mnie wspiera, pewnie dawno zabrakłoby mi sił. Po tylu latach być może już bym się poddała.
I dziś wiem, że potrzebowanie drugiego człowieka nie jest słabością.
Czasem jest właśnie tym, co pozwala nam przetrwać.
Dlatego piszę.
Dla siebie.
Ale też dla tych, którzy mają obok kogoś, kto poda im rękę.
I dla tych, którzy tej ręki nie mają.
Nie musimy być silni cały czas.
Nie musimy wszystkiego udźwignąć sami.
Nie musimy każdego dnia udowadniać światu, że damy radę.
Czasem wystarczy, że trwamy.
Od jednego oddechu do drugiego.
Od jednego dnia do następnego.
Od jednej małej nadziei do kolejnej.
Nie wiem, co będzie dalej. Nie mam gotowej recepty.
Wiem tylko, że dzisiaj wybieram pisanie.
Bo nawet jeśli nie uniesie wszystkiego, to pozwala mi to nazwać.
A to, co nazwane, czasem boli trochę mniej.
Jeśli to czytasz i choć raz kiwasz głową, bo wiesz, o czym mówię – pamiętaj:
nie jesteś sam.
I może właśnie to też jest jakiś żywioł.
Zostaw komentarz