Kiedyż to było, w roku 1987 albo 1988? Już nie pamiętam… W każdym razie szukałem wówczas jakiegoś nagrania i przez przypadek wygrzebałem z szafki z płytami mego Taty, fanatyka muzyki jazzowej i wszelkiej innej, winylowy album z białą okładką, na której pianista pochylony nad klawiaturą z zupełnie nieobecnym wyrazem twarzy, rozmarzony, płynął w nieokreślonej przestrzeni. Niezwykłe zjawisko, przeszło mi przez myśl. No i jego oryginalny ubiór – biała meksykańska bluza z symbolem szybującego ptaka. Nastawiłem, zacząłem słuchać. Uderzyła mnie jasność muzycznej myśli, prowadzonej z wielką finezją i tanecznością. To kompozycja?! Nie – to była improwizacja! On to grał na żywo – grał i komponował jednocześnie! Słuchałem z wielkim przejęciem i uświadamiałem sobie jak dalece różnią się nasze światy, jak daleki był od naszego świat ludzi wolnych i dorastających w społeczeństwach nie zdominowanych chorymi nakazami i zakazami. I zdałem sobie sprawę z tego że ta muzyka bardzo głęboko dotyka też u mnie tego co ja uważam za mój wewnętrzny świat muzycznej wolności i energii, żywą, nieskrępowaną sztukę gry i ekspresji wyrazu muzycznego. Pod koniec płyty czułem że Jarrett kompletnie uwiódł mnie swoją fantazją. To było nieprawdopodobne olśnienie. Prawdą i pięknem, jakie pokazał tymi frazami. Emocją i uczuciami wyrażonymi w tych prostych, zdawałoby się, rytmach i harmoniach. Ale – jakże głęboko wyrafinowanych. Odtąd bardzo często to nagranie towarzyszyło mi w drodze. Ta muzyka była ze mną wszędzie, pozwalała mi oddychać wolnością, unosiła mnie. Przedłużała młodość.

Jako pianista zastanawiałem się często czy da się to zagrać. Próbowałem, słuchałem, naśladowałem. Ale to nie miało zupełnie żadnego sensu. Zawsze było – tylko jakoś, miernie, albo tak sobie. Bariera wydawałoby się nie do przełamania. Bo i nie można przecież czyjejś improwizacji tak po prostu odtworzyć, to zwyczajnie – absurd. Ale kilka lat później, już w czasie studiów, wpadły mi w ręce nuty z transkrypcją koncertu kolońskiego. Doszedłem wówczas do wniosku że może ma to jednak jakiś sens. Nie było tylko jeszcze odpowiedniego impulsu. Nadszedł dopiero wczesną wiosną roku 2003, gdy niepewny reakcji poszedłem z tymi właśnie nutami na zajęcia z interpretacji muzyki współczesnej, które prowadził w Moguncji wybitny interpretator i dyrygent znanego „Ensemble 13” – prof. Manfred Reichert. Miałem coś dla siebie znaleźć, coś skomponowanego po roku 1950. Reichert jest wyjątkowym artystą i miewał czasami reakcje zupełnie nieprzewidywalne. Na widok tych nut, o których znajomość mimo wszystko go nie posądzałem, uśmiechnął się niespodziewanie – od ucha do ucha. Tego dialogu nigdy nie zapomnę:

–  Keith Jarrett? THE KÖLN CONCERT ??! A… to istnieją jakieś nuty tej muzyki? Naprawdę? Co to jest, transkrypcja?

–  A  to Pan zna ten utwór, Panie Profesorze? – spytałem.

–  No jasne, roześmiał się, słucham go codziennie w samochodzie, w drodze do pracy i spowrotem. A Pan chce to zagrać? TO?! Naprawdę? Przecież to obłędny pomysł! Wertował powoli gruby zeszyt nut, zastanawiałem się co on właściwie sobie myśli. Jego mimika wyrażała najwyższe zdumienie. Był wyraźnie pod wrażeniem. Chyba od dawna nikt go tak nie zaskoczył.

– Nie, to wariactwo. Oddał mi nuty. Ale uśmiechnął się podstępnie.

– To wariactwo, wa-ria-ctwo ! – powtórzył z naciskiem. Zapadła cisza.

–  A czy ja według Pana wyglądam na całkiem normalnego? – spytałem nieśmiało po chwili namysłu. Chyba mógłbym spróbować? Uśmiechnął się. Popatrzył mi nieco rozbawiony w oczy.

–  Tak Pan sądzi? Noooo.. to dobrze, możemy ostatecznie spróbować, ale jeśli mamy poświęcić nasz cenny czas to tylko pod warunkiem że zagra Pan to dzieło na następnym koncercie – i w całości.

Zamurowało mnie kompletnie. Czyste szaleństwo!

– Czy Pan to mówi poważnie? To przecież słynny utwór, najsłynniejsza kompozycja jazzowa XX wieku. Nikt się jeszcze nie odważył wyjść z tym publicznie na koncert. Zjedzą mnie żywcem! Szaleństwo do kwadratu!

– A czy ja Pana zdaniem wyglądam na absolutnie normalnego? – zapytał Reichert, nie bez figlarnej przekory. Zrozumiałem. Był większym wariatem niż myślałem. Lubiłem to. Ale jeszcze się wahałem.

– To ja się zastanowię. Do następnych zajęć?

– Tomasz… nie, nie mamy już czasu na myślenie – tak, czy nie?

– Dobrze, odparłem bez namysłu, to zróbmy. Oczywiście, na koncert. Dam radę. Ciągle podstępnie się uśmiechał.

– Na pewno?

– Tak.

– No to umowa stoi. Wiedziałem że Reichert nie żartuje. Zdawało mi się że tylko na to czekał. Zrozumiałem że to także było i jego wielkie marzenie. Musiał się jedynie upewnić czy myślę podobnie.

To były niezwykłe miesiące, w których zrozumiałem czym jest faktycznie improwizacja i jak dalece trzeba znać instrument, muzykę i siebie samego by w ogóle móc ją wykonywać. Założeniem naszym nie było także w ogóle by naśladować styl i dźwięk Keitha Jarretta. Bo po co? To już jest, oryginał zna każdy. Każdy instrument zabrzmi inaczej. Uważaliśmy że trzeba podejść do tego kreatywnie. Patrzeć w nuty, których na dobry porządek w zasadzie nie ma. Odkryć swoją wersję. Odkryć tę muzykę na nowo. Interpretacja, nie naśladownictwo. Łatwo mówić… W dzień koncertu profesor przyszedł rano na próbę do auli mogunckiego uniwersytetu. Widziałem że jest mocno zdenerwowany, był nie do końca pewny czy rzeczywiście dam radę. Obiecałem że sobie poradzę i żeby się nie przejmował. Obaj jesteśmy wariatami, zdecydowaliśmy, przygotowaliśmy, to niech się stanie. Nie ma odwrotu. Nie miałem też w ogóle zamiaru zrezygnować, ani mi to przez myśl nie przeszło. Decyzja to decyzja.

Dwie godziny solo na scenie to bardzo wiele grania. Trzeba wytrzymać kondycyjnie, do tego przy tej muzyce. Więc do dzieła Jarretta dodaliśmy jeszcze w pierwszej części (Part I) polifonię z „Die Kunst Der Fuge” oraz wielką, wirtuozowską Fantazję i Fugę a-moll J.S Bacha, oraz Preludium i Fugę e – moll Op. 87 No. 4 Dymitra Szostakowicza przed częścią drugą (Part IIa & IIb) „The Köln Concert”. Aby pokazać słuchaczom spektrum brzmieniowe tego dzieła w dialogu z wybitnymi dziełami polifonicznymi, w skali czasu, jaki upłynął, uniwersalność i bliskość muzyki. A ja jeszcze co nieco doimprowizowywalem po drodze od siebie. Podziałało to tak że zatarły się zupełnie granice. Gdzie kończył się Bach i zaczynał Jarrett a gdzie przechodził w Szostakowicza i wracał ostinatem do Koncertu Kolońskiego? Nie było tego aż tak dokładnie wiadomo. Było bardzo blisko od jednego do drugiego. To była improwizacja!

To pierwsze wykonanie stało się naprawdę tryumfalnym sukcesem. Sala była pełna po brzegi. Na bis nie miałem już siły, ale owacja na stojąco mówiła sama za siebie. Miałem wielką satysfakcję. Po wielu miesiącach znoszenia cichych śmiechów za plecami zaznałem sam wielkiej radości. Radością było zagrać ten utwór. Udowodnić sobie że to możliwe, co niemożliwe. Wejść na tę górę. Zobaczyć jaki z niej widok. Odetchnąć nim głęboko. I wrócić. Tak to jest w naszym środowisku. Odwaga ma swoją cenę. Publiczność była pod ogromnym wrażeniem a ja czułem że spełniło się jedno z moich największych marzeń. Ale to nie był koniec. Wnet przyszły kolejne zapytania o wykonania i koncerty. I tak się zaczęło… Do dzisiaj było ich wiele, a to z roku 2005, nagrane w pięknym teatrze w Wiesbaden postanowiłem, dodawszy do niego zdjęcia z moich spędzanych w górach lat młodości, umieścić jako video w You Tube. I właśnie osiągnęło ono kolejny milion wyświetleń. To niewiele, jeśli porównamy tę cyfrę z obecnymi w You Tube hitami muzyki pop czy błyskotliwymi filmikami i reportażami. Ale to wiele, a nawet bardzo wiele jeśli wiemy jak bardzo ambitna jest to muzyka. I że bardzo wielu internautów słucha jej do końca. „Multimilioner” – to brzmi dumnie!

Zapraszam na video i na muzykę:

Keith Jarrett: THE KÖLN CONCERT – 1975

Tomasz Trzciński – piano, 2005

Dalszych koncertowych wersji THE KÖLN CONCERT z lat 2006 – 2015 można bezpłatnie i w całości posłuchać na stronie: THE KÖLN CONCERT – Listen for free

Zapraszam!

Foto: Rainer Kuczinski, 2014