Na tym dworcu, w niewielkiej bukowińskiej miejscowości pozornie nie ma nic szczególnego. Zwykły dworzec kolei rumuńskich CFR, z których usług ostatni raz korzystałem jakieś 15 lat wcześniej. Standardowo wielka flaga narodowa, malowane olejną farbą krawężniki i perony, ordynarne plastikowe siedzenia, kilka wałęsających się wokół dworca psów i kotów, info o zakazie palenia, picia i najlepiej jeszcze oddychania, no i mistrz ceremonii schowany niczym pająk w ciasnej kanciapie. Wychodzący z nienacka z lizakiem naczelnik stacji, poprawiający czapkę na głowie, z gwizdkiem przygotowanym do zakomunikowania przyjazdu i odjazdu pociągu. I te komunikaty głosowe brzmiące jak zapowiedzi końca świata. To wszystko bardzo mi się podoba w tym kolejowym rumuńskim mikrokosmosie.
No i przede wszystkim ludzie. Ludzie, nie tak jak w Polsce, przychodzący na pociąg w ostatniej chwili, mający wyliczone minuty do odjazdu. Tu się przychodzi na co najmniej pół godziny przed odjazdem. Bo pociąg z Jassów do Timiszoary to nie byle tramwaj, tylko instytucja, w której urzęduje inny kolejowy pająk – groźniejszy i z większą czapką z czerwoną opaską. W niebieskiej koszuli, zawsze wyprasowanej. Ludzie przychodzą na dworzec całymi rodzinami, z których część wsiada do pociągu, a część ich żegna. Rzadko zdarzają się ludzie, których nikt na pociąg nie odprowadza. Ludzie w Rumunii generalnie się dzielą na tych wchodzących i wychodzących z pociągu i tych, którzy ich żegnają lub witają. I to jest piękne. Przepiękne. Ludzie wciągają do pociągu różne bambetle, a najlepsze są te własnej roboty – jakieś czemadany stworzone z folii na zwłoki przepasanej taśmą klejącą z uchwytem ze sznurka. Wydawało mi się, że mam dużą wyobraźnię, ale takich konstrukcji to bym chyba nie obmyślił. Szczęśliwie nie wolno już przewozić pociągiem inwentarza żywego z wyjątkiem psów i kotów. Bo kiedyś jechałem w przedziale z czterema kurami w klatce.
Jeśli chodzi o kible w pociągach CFR to jest duży postęp. Zniknęły dziury w podłodze dla „narciarzy” załatwiających swoje potrzeby fizjologiczne w nadziei, że pociąg nie zahamuje nagle gwałtownie, a jeśli już, to że w kranie będzie woda do obmycia się. Są normalne muszle klozetowe ale bez deski, ale jaki to problem wozić deskę zawsze ze sobą. Ja tak robię na wszelki wypadek. Woda skończyła się między Jassami a Suczawą, zapewne z winy nadużywających jej pasażerów. Największy problem stanowiły niedomykające się drzwi. Ale to tylko problem dla słabych, całkowicie pozorny, bo przecież zawsze można kogoś ze współpodróżnych, którzy akurat palą papierosa w korytarzu, co jest oficjalnie zakazane, poprosić o ich przytrzymanie nogą na czas załatwienia potrzeb fizjologicznych. Trzeba tylko pomyśleć, a coś co wydaje się problemem nie tylko nim nie jest, ale staje się powodem do zacieśniania relacji społecznych. Dlatego jestem zwolennikiem niedomykających się toalet.
Ale wracam jeszcze do rzeczonego dworca w Gura Humorului. Siedząc tam poczułem przepiękny, odurzający wręcz i kojący jednocześnie zapach torowisk. Taki zapach, który myślowo przeniósł mnie do miesięcy sprzed wybuchu I wojny światowej. Do maja i czerwca 1914 roku. Im bardziej się w nie wwąchiwałem, tym więcej oczami wyobraźni widziałem młodych chłopców w ubiorze wojskowym, żegnanych przez bliskich, pejsatych Żydów obserwujących Historię, która w ciągu niespełna 30 lat ich wszystkich przemieli i unieważni, szczyli obowiązkowo w czapkach na głowie figlujących wokół dworca. I urzędników wysokopostawionych, którzy zawsze mają coś ważnego do powiedzenia, co w istocie warte jest funta kłaków. Ja to wszystko tam widziałem, wystarczyło tylko delikatnie zmrużyć oczy i wyciszyć się z otoczenia. I to było możliwe tylko na tym dworcu, nie na przykład na dworcu w Szerencs czy Kisvárdzie.
Te kilkadziesiąt minut, które spędziłem na dworcu i prawie pięć godzin w pociągu, znów uświadomiło mi, że jestem częścią tego świata, czy mi się to podoba czy nie. I już na zawsze pozostanę nieogarnięty. Nigdy nie stanę się prawdziwym człowiekiem Zachodu. Przepraszam, ale nie dam rady.
Muszę jeszcze tylko nauczyć się pisać te (obiecane) bajki dla dzieci. Niebawem z pewną nieśmiałością opublikuję pierwszą z nich. Z prośbą o wyrażenie swojej opinii, a zwłaszcza opinii dzieci. Będą to bajki krótkie. Żeby nie przynudzać.









Zostaw komentarz