Na dworcu w Kimpulungu zapanowała nagle niewiarygodnie senna atmosfera. Najstarsi mieszkańcy dworca nie pamiętali takiej sytuacji, w której wszystkim bez wyjątku zachciałoby się spać. Mimo że pora była wczesna bo dopiero 18:00. Byliśmy w grupie. Profesor z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika położył się na pierwszym peronie, kolega dziennikarz z Budapesztu uraczył się miejscem przy kasie z widokiem na pierwszy peron, drugi kolega wyjechał w poszukiwaniu innych przygód, w Grecji. Zostaliśmy zatem w trójkę na tym nieszczęsnym dworcu kolejowym, z którego mieliśmy dalej jechać do Klużu a potem do Budapesztu.

– Długa będzie ta podróż do Budapesztu? – zapytał kolega radiowiec, dziennikarz-sprawozdawca.

– Nie wiem, i jeśli mam być szczery, nie obchodzi mnie to. Bo nie ciągnie mnie na zachód. – odpowiedziałem szczerze.

Moim przekleństwem jako wybitnego polsko-węgierskiego dziennikarza jest to, że od czasu do czasu ląduje na jakimś CK zadupiu i nie mogę się z niego wydostać. Cóż ja mam począć w tym nędznym Kimpulungu Mołdawskim, gdzie psy dupą szczekają?

– Może znajdziesz pan w tej okolicy miłość swojego życia? Nawet nie wiesz pan ile panien przechadza się tu wokół dworca celem znalezienia męża i miłości na stałe. A jakże się one stroją i jak dbają o siebie!

– Ale ja już mam żonę – powiedział dziennikarz z Polski pracujący na Węgrzech.

– Nic nie szkodzi, to da się pogodzić. Rumuńska kobieta przytuli Cię do swojej piersi na tyle mocno, że zemdlejesz, a potem się już nie liczy… Seksu w Rumunii prawie nie ma, jest tylko ciągłe przytulanie się.

– To jak, wychylimy coś, jakiegoś malucha? – zapytałem znanego dziennikarza.

– Oczywiście, kielonek palinki dobrze nam wszystkim zrobi. – powiedział znany dziennikarz.

Sytuacja na dworcu kolejowym w Cimpulung Moldovesc ustabilizowała się. Nikt z nas ani nie wsiadł ani nie wysiadł z pociągu. Do tej opowieści wystarczył sam budynek dworca.