Kiedyś przez lata byłem ratownikiem na basenie. Początkowo młodszym, a potem wodnym, czyli tym, który miał pod sobą młodszych. Siedziało się całymi dniami i gapiło w wodę. To były jeszcze takie czasy, że nie było odpowiednich filtrów i zamiast wody była taka zielonoszara breja, a dna nie było widać nawet w baseniku 0,8 metra. Ale ludzie i tak się chętnie w tym czymś kąpali, bo potem można było wziąć prysznic, w którym nota bene była ta sama zielonoszarabreja. Wtedy na basenie przy al. Łyska w Cieszynie była skocznia 10 metrowa, a faktycznie 11-metrowa. Jak ktoś chciał skoczyć z 10 metrów, to musiał ratownika o zgodę pytać. Ja ją zawsze wydawałem, no chyba, że typ był wyraźnie nietrzeźwy, to wtedy nie. Kazałem mu wtedy trochę na kocu poleżeć i wrócić za dwie godziny. Miałem wtedy 19 lat i wąsa pod nosem. I bujną czarną kręconą czuprynę. Do tego pomarańczowa koszulka ratownika i przyciemniane okulary.

Jak ktoś skakał z dziesiątki, to się gwizdało, żeby reszta wyłaziła spod skoczni, a wtedy wzrok wszystkich wpatrzony był w skoczka stojącego tak wysoko nad taflą wody. Nasłuchałem się przy okazji opowieści od starych ratowników, jak to jeden źle skoczył, brzuch mu rozerwało i flaki pływały na powierzchni. I trzeba było basen zamykać. Normalnie należałoby wodę wymieniać, ale oni tylko flaki podbierakiem na ryby zbierali, w krzaki rzucali i można było następnego dnia basen otwierać. Ludzie kiedyś generalnie byli bardziej wyskokowi, prawie każdy skakał z wieży, a teraz? Szkoda słów.

Jak ta zielonoszara breja robiła się nieprzyjemna w zapachu, i że Sanepid się czepiał, że to już przesada w czymś takim ludziom pozwalać się kąpać, to szło się wybudzić pana Józka, gospodarza. Czasami bywał trzeźwy, a wtedy lepiej było z nim nie rozmawiać, bo był zdenerwowany. Na szczęście rzadko mu się to zdarzało. Józek był kimś w rodzaju menadżera w stylu PRL-owskim. Miał pod sobą cały basen i najgorzej znosił miesiące letnie, gdy na ten basen przyłazili ludzie z miasta. Nie lubił ludzi, a zwłaszcza małych wrzeszczących bachorów. Wkurzało go to do tego stopnia, że od czerwca do września jechał na znieczulaczu. Jak się jednak Sanepid przyp…. do wody, to Józek miał z góry opracowaną strategię. Zamiast wymieniać wodę w basenie, co kosztowałoby dużo energii, czasu i pieniędzy, miał taki tajemniczy niebieski proszek. Jakaś chemia z NRD to była. Brał tego pół wiadra, wrzucał do basenu i kazał młodszym ratownikom pływać szybko wzdłuż i wszerz, żeby się proszek równomiernie rozpuścił. Po godzinie woda była krystalicznie czysta tylko na dnie zalegał taki gęsty muł. Potem przyjeżdżali ludzie z Sanepisu, robili protokół zdawczo-odbiorczy, Józek podpisywał i szedł pić dalej. I tak do kolejnej interwencji. Jak przyjeżdżali ci z Sanepidu to ubierał koszulę jak do ślubu, a potem wracał do podkoszulka.

I tak tygodniami gapiliśmy się w tę zielonoszarą breję, od czasu do czasu opatrywaliśmy gówniaków, bo się skaleczyły, słuchaliśmy sobie radia z ZSRR na baterie. Słońce grzało, ale mniej niż teraz, ludzie mieli wtedy takie śmieszne stroje kąpielowe. Zwłaszcza kobiety. Do kibla strach było wejść, bo waliło uryną na kilometr, a wszystkie muszle obsrane jakby ktoś latał w powietrzu z gołym tyłkiem i dokonywał zrzutów. Tak więc bezpieczniej było się wysikiwać w basenie, co poniekąd tłumaczy kolorystykę tej breji. Obiadów nie było ale mieliśmy kanapki. Jednak na widok breji nikomu nie chciało się jeść. Czasem na ławkę dosiadały się ładne dziewczyny. Wiadomo, ratownik to magnes na laski. Ja się jednak wtedy kobietami nie interesowałem, za to koledzy korzystali. Ja byłem wówczas bardziej filozoficzny, a oni bardziej biologiczni i tak się uzupełnialiśmy.

W Cieszynie było trochę Cyganów i oni też pragnęli się kąpać, ale w ich prawie stało, że mogą ale tylko w długich spodniach. Góra może być bez odzienia, ale nogi miały być zakryte. Regulamin jednak surowo zabraniał takiego stroju kąpielowego. To poszliśmy do Józka, powiedzieliśmy w czym rzecz i Józek zezwolił na kąpiele w długich spodniach po 19:00. Jak już basen był zamknięty. Brał od nich za to jakąś extra kasę i stojąc na balkonie swojej kanciapy, palił tanie papierosy i patrzył jak Cygany skaczą ze skoczni w tych swoich złotych łańcuszkach i jak je gubią. Trochę z żalem, bo nurkować nie potrafił, dlatego to nam przypadał w udziale ten złoty uzysk o ile ktoś potrafił zanurkować na 4,5 metra i przeczesać dno.

Potem przyszedł rok 1997. Lało prawie całe dwa miesiące, a my tylko w ping ponga graliśmy. Skończyło się ratownictwo wodne.