Obejrzałem po długim oczekiwaniu najnowszą ekranizację „Na zachodzie bez zmian” uzbrojny w kilka naprawdę głębokich recenzji i mam teraz zdrowy dylemat – jak własciwie odebrać ten film?
Na pewno muszę polecić by każdy mógł wyrobić sobie własne zdanie na temat obrazu. Zwracają uwagę świetne zdjęcia i scenografia. Nie mozna też niczego zarzucić grze aktorskiej – większość postaci jest dość płaska i pasywna, to prawda, ale ten zabieg nadaje realizmu całemu dziełu, gdyż na froncie spotykali się w ogromnej większości kowale i szewcy, a nie absolwenci filozofii Uniwersytetu w Heidelbergu, choć i tacy się zdarzali. Pod tym względem, film bardzo przypomina mi nieco już zakurzoną wizję okropności wojennych z 1993 roku, czyli znakomity „Stalingrad” Josepha Vilsmaiera. Machina wojenna jest przedstawiona należycie, nawet jesli historyka wojskowości jak zwykle jasny szlag trafia przy zupełnie nierealistycznych scenach walk, lub oczywistych omyłek płynących z ze zderzenia wizji artystycznej reżysera bądź scenarzysty z opinią konsultanta. Oczywiście – mamy do czynienia z filmem fabularnym i w zasadzie dopuścić należy każdy możliwy schemat przedstawienia wydarzeń, bo to tylko tło dla konkretnego przesłania stojącego za gestami, słowami i czynami głównych bohaterów snutej opowieści. Aby wiedzieć jak wygląda wojna, jaka jest jej natura, musimy sięgać po zupełnie inne środki, niż filmy fabularne.
Podstawowy problem percepcji nowego „Na zachodzie bez zmian”, to potężna dawka emocji jasno i definitywnie stawiająca zjawisko wojny, jako nie tyle zjawisko negatywne, co ze wszechmiar i do końca złe i nieakceptowalne. Trudno sie z takim ujęciem tematu zgodzić. Tak, wojna generuje zło. Tak, wojna potrafić niszczyć całe generacje. Tak, wojna obnaża gigantyczne pokłady ludzkiego zła. To wszystko prawda, jednakże użyta tutaj skala tradycyjnych przerysowań, aż do granic groteski, charakterystyczna dla dawnego tak zwanego „kina rozrachunkowego” („Ścieżki Chwały”, „O jeden most za daleko” i wiele innych) jest stanowczo zbyt wielkim uproszczeniem. Nie ma sensu prawić o wyłącznie negatywnych stronach zmagań wojennych, nawet jesli jest to straszliwa rzeczywistość wojny materiałowej, bo tak skrajnie pacyfistyczne podejście, jak zaprezentowano zarówno na stronach powieściowego pierwowzoru, jak i na kliszach nowonakręconego filmu jest wybitnie szkodliwe. Zachowujmy sie jak ludzie rozumni i dorośli – wojna jest zjawiskiem towarzyszącym nam od zawsze i na zawsze. Nigdy sie to nie zmieni, tym bardziej, że jak przekonujemy sie co pewien czas na własne oczy – zawsze będą istnieć rozmaite kreatury pokroju Hitlera, Stalina, czy Putina, które zadbają, by historycy wojskowości mieli pracę i zajęcie. Pacyfizm ma długi żywot i znakomite perspektywy przed sobą, choćby dzięki takim właśnie przejawom wysokiej kultury, jak twórczość Remarque’a, ale nie uważałem nigdy i nie zamierzam uważać świadomego rozbrajania się z odwagi i zdolności do militarnej konfrontacji za właściwe, gdyż militarna konfrontacja jest czymś tak oczywistym dla naszej cywilizacji, jak oczywistym dla pacyfistów jest jej okrucieństwo i bezsens. To jednakże zawsze zderzenie praktyki i teorii – pamietam i ngdy nie zapomnę cykl wykładów (znakomity zresztą) prof Macieja Franza pod wymownym tytułem „Czy wojna jest nam potrzebna jak powietrze?”. I za każdym razem będąc świadkiem tego typu wydarzeń artystycznych jak „Na zachodzie bez zmian” z łatwością znajduję odpowiedź na to okropnie brzmiące, wręcz drwiące z uczuć pytanie. Nawet, jeśli rozmyślam o tym w milczeniu, w niewielkim lasku wielkości dwóch kortów tenisowych, położonym siedem kilometrów od belgijskiego Leper, gdzie pochowano czterdzieści tysiąc ciał poległych niemieckich żołnierzy. A to tylko jedna z kilkunastu położonych w promieniu dwudziestu pięciu kilometrów od Leper nekropolia.
Jeśli wojna z natury jest zła i ma wyłącznie pejoratywne konsekwencje – pytam – to jak odnieść się do cierpienia tysięcy amerykańskich żołnierzy poległych podczas wyzwalania Europy z okowów nazizmu? Można mi zarzucić, że to coś innego, że to udział w wojnie sprawiedliwej, ale czym w istocie jest wojna sprawiedliwa? Przecież dla Niemców Wielka Wojna była wojną sprawiedliwą, była naturalna konsekwencją obaw i lęków znakomitej większości społeczeństwa, które bardzo długo ochoczo poświęcało wszystko by w niej zwyciężyć. I wcale nie wyglądało to tak, jak zwykło się przedstawiać w świecie kultury – napuszonymi, pełnymi gołosłowia i frazesów mowami starców ślącymi na śmierć młodych. Nie zrozumcie mnie źle – to tylko moje przemyślenia, nie krytykuję filmu, ani jego przesłania. Wprost przeciwnie, zachęcam do jak najszybszego obejrzenia, by miec na ten temat własne zdanie. Tym bardziej, że w wielu aspektach mamy do czynienia z dziełem sztuki naprawdę wysokich lotów.
Drogi Czytelniku, jesli ten artykuł przypadł ci do gustu – udostępnij go i postaw Autorowi kawę, link do kawomatu:
buycoffee.to/marcin_jop
Zostaw komentarz