Zacząć powinienem jak niejaka Bieńkowska. Ale jaja!

Schizofrenia opanowała czołowe postaci oPOzycyjnych politruków. Wielka znaffczyni prawa żurnalistka Ewa Siedlecka dokonała kolejnego odkrycia. Operator TVN nazwiskiem Wacowski (w liceum ponoć nosił ksywę mały Wacek) hajlował dla idei. Bo to reportaż wcieleniowy był!

Wcielił (choć powinno być w-oślił) się w postać neo-nazisty po to, by być obecnym na jedzeniu tortu z wafelkowym hakenkreuzem w głębi lasu w celu uczczenia urodzin kanclerza Niemiec z lat 1933-45.

Na dodatek „obchody” miały miejsce trzy tygodnie po właściwej dacie.

Siedlecka jednak wie swoje.

 Ale z tego, co od początku mówią dziennikarze TVN, a przede wszystkim z materiału wyemitowanego w „Superwizjerze” wynika, że to nie była prowokacja dziennikarska, ale tzw. reportaż wcieleniowy. Dziennikarze do niczego nie prowokowali, tylko postarali się przeniknąć do środowiska neonazistów i sfilmowali spontaniczne zorganizowane przez nich urodziny Hitlera. Coś podobnego zrobiła w 2005 roku inna dziennikarka TVN, Alicja Kos, zatrudniając się w zakładach mięsnych i dokumentując proces „odświeżania” zepsutych wędlin zwracanych ze sklepów. Nikt nigdy nie próbował jej stawiać zarzutów, bo nie złamała prawa, a jedynie ujawniła realnie istniejący proceder. Z tego, co mówią dziennikarze „Superwizjera”, oni zrobili dokładnie to samo: udokumentowali rzeczywistość, która ma miejsce bez żadnych prowokacji. A działo się to w czasie, gdy PiS uchwalił kontrowersyjną nowelizację ustawy o IPN, z przepisem zakazującym pomawiania narodu polskiego o współuczestnictwo w zbrodniach nazistowskich. I oto młodzi Polacy w XXI wieku czcza Hitlera!

https://siedlecka.blog.polityka.pl/2018/11/27/material-tvn-o-urodzinach-hitlera-to-nie-prowokacja-to-reportaz-wcieleniowy/

Nie od dzisiaj twierdzę, że Siedlecka orłem intelektu nie jest. Mimo woli ujawniła cel wyemitowania materiału.

Otóż rzekome „spontaniczne zorganizowane urodziny Hitlera” miały miejsce w głębokim lesie, z dala od innych ludzi, a na dodatek kilka tygodni po 20 kwietnia. Materiał wyemitowano dopiero w styczniu następnego roku po to, by pokazać jakiś groteskowy neonazistowski „gang Olsena” wtedy, gdy Sejm uchwalał nowelizację ustawy o IPN zawierającą przepis zakazujący pomawiania Narodu Polskiego o współuczestnictwo w zbrodniach nazistowskich!

A tu proszę, deus ex machina, młodzi Polacy czczą Hitlera…. wafelkami ułożonymi w kształt swastyki.

Mały Wacek musiał przy tym hajlować, żeby być uznanym za swojaka. Kamera tego już nie pokazała, ale pewnie wciął spory kawałek torta z nazistowskim symbolem.

Żeby się uwiarygodnić.

TVN to jednak nie upadająca stacja, założona ongiś przez byłych TW.

Teraz to jest jak najbardziej amerykańskie przedsiębiorstwo, a zatem dziennikarze w rodzaju Kittela już nie publikują paszkwilów, ale walczą o wolność.

Tak przynajmniej wynikałoby z listy pani ambasador Moszebachor (być może przekręciłem nazwisko).

W liście przesłanym do premiera Mateusza Morawieckiego ambasador Mosbacher odniosła się do sprawy śledztwa dotyczącego „urodzin Hitlera” oraz reportażu, jaki o tej „imprezie” przygotowali reporterzy telewizji TVN dla programu „Superwizjer”. – Trudno uznać ten list za pismo mające charakter dyplomatyczny. Ton pisma jest niezwykle arogancki – powiedział w rozmowie z Wojciechem Wybranowskim jeden z bliskich współpracowników premiera Morawieckiego.

Z ustaleń „Do Rzeczy” wynika, że ambasador Mosbacher miała w przesłanym liście dać do zrozumienia, że „Stany Zjednoczone nie będą tolerować – wypowiadanych publicznie przez polskich polityków – krytycznych słów pod adresem dziennikarzy stacji TVN, którzy zrealizowali materiał o funkcjonowaniu domniemanego nazistowskiego środowiska w Polsce”. Ponadto amerykańska dyplomatka miała stwierdzić, że „podważanie wiarygodności stacji TVN” w kwestii rzetelności materiału o urodzinach Hitlera, to coś „niedopuszczalnego”. Z kolei krytykę budzącego ogromne wątpliwości materiału „Superwizjera” nazwała atakiem na „niezależnych dziennikarzy”.

http://www.pch24.pl/ambasador-usa-w-polsce-atakuje-polskie-wladze-za-krytyke-tvn,64404,i.html#ixzz5YBn6Igne

No i mamy klops. Kittel, jeśli wierzyć niezależnym sądom (wszak wyroki wydawane były na „zielonej wyspie” wolności i dobrobytu za PO) nie napisał słowa prawdy w swoich największych reportażach powstałych w wyniku „dziennikarskich śledztw”.

Ale teraz jest w amerykańskim TVN więc… Polaczki odpierdolcie się od niego.

Pracuje dla nas, to znaczy, że to jest „niezależny dziennikarz”.

Tym bardziej jego otoczenie.

Oczywiście nie brakuje idącego tym samym tropem „pożytecznego idioty”.

Znany z doktoratu uzyskanego w samym środku stanu wojennego prof. Wiesław Godzic idzie jeszcze dalej, niż sowiec…, amerykańska ambasador.

Jego zdaniem próba wszczęcia postępowania p-ko operatorowi TVN jawnie hajlującemu na zdjęciach, na dodatek poparte doniesieniem o fingowaniu całej aferki (uczestnicy mieli otrzymać 20 tysięcy złotych) oznacza:

To dowód na to, że PiS najwyraźniej nie zna się na dziennikarskiej robocie i ma urojoną wizję tego środowiska. Jeśli władza sądziła, że zastraszając zasznuruje dziennikarzom usta, to najwyraźniej nie wzięła pod uwagę, że wielu z nich bardzo ceni sobie wolność słowa. Niestety, takiemu myśleniu sprzyja czasem medialne środowisko, któremu brakuje wspólnotowego działania. Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, mocno obecnie prawicowe, postanowiło się od sprawy zdystansować. To błąd. Myślę, że dużo lepsze byłoby inne podejście: kolega po fachu coś odkrył? Ok, to drążmy temat dalej. Zobaczmy, czy rzeczywiście coś się za tym kryje. Niestety, zamiast tego są coraz ostrzejsze ataki jednych dziennikarzy na drugich, co władzy pasuje, bo w takiej atmosferze mniej jej się patrzy na ręce. Warto też przypomnieć kolejność zdarzeń. Agenci ABW zastukali do dziennikarza dwa dni po ważnym sejmowym wystąpieniu ambasador USA w Polsce. Georgette Mosbacher mocno podkreśliła, jak ważna dla Stanów Zjednoczonych jest wolność słowa. Zasugerowała, że pomysły ustaw repolonizacyjnych są przez jej kraj obserwowane i nie wzbudzają entuzjazmu.

https://wiadomosci.dziennik.pl/opinie/artykuly/585980,godzic-urodziny-hitlera-operator-prokuratura-zarzuty-prowokacja-tvn-media.html

Tak więc „dla dobra demokracji i wolności słowa” zdaniem Godzica musimy godzić się na polskojęzyczne media w rękach niemieckich, a wolność słowa oznacza przedstawianie ustawionych szopek jako reportaży.

TVN ma możnych i wpływowych obrońców.

Niestety takich nie ma dziennikarz, który jako pierwszy w Polsce pokazał, jak w rzeczywistości wygląda niezależność „trzeciej władzy”.

Pisał Jan Piński w poniedziałek:

Prokuratura kierowana przez ministra sprawiedliwości w rządzie PiS skutecznie doprowadziła do skazania Mitera na osiem miesięcy więzienia (w zawieszeniu na trzy lata). Jak to możliwe, że politycy PiS, którzy twierdzą, iż walczą z patologiami w polskim sądownictwie, pozwalają skazać dziennikarza na więzienie za prowokację, która pokazała patologiczny system działania tychże?

Pytanie jest proste. Czy dziennikarz może podszyć się pod urzędnika państwowego, aby sprawdzić, czy dochodzi do patologii w ważnym obszarze działania państwa? W 2012 r. Paweł Miter wykonał serię telefonów do prezesa Sądu Okręgowego w Gdańsku Ryszarda Milewskiego, podszywając się pod urzędnika Kancelarii Premiera Donalda Tuska. Sędzia pokazał, że nie rozumie, na czym polega niezawisłość. Nie tylko pytał, czy trzeba przyśpieszać (lub nie) posiedzenie dotyczące aresztu twórcy piramidy finansowej Amber Gold, ale także pytany, czy orzekać będą „zaufane osoby”, zapewniał, będąc przekonany, że rozmawia z asystentem ówczesnego szefa kancelarii Tuska Tomasza Arabskiego, że „nie powinien się martwić” o skład. Skandal kosztował Milewskiego stanowisko prezesa sądu i sprawę dyscyplinarną, która skończyła się dla niego karnym przeniesieniem do orzekania w Białymstoku.

Pytanie: dlaczego karze się Mitera za udaną prowokację? W tej sprawie sędziowie bynajmniej nie są jednomyślni. Pierwszy wyrok w tej sprawie dla Pawła Mitera był korzystny: sąd uniewinnił go. I tutaj niespodzianka, bo prokuratorzy podlegli Zbigniewowi Ziobrze postanowili nie zgodzić się z wyrokiem i apelować. Dlaczego?

Otóż to, co zrobił Miter, uderza w każdą władzę. Władza bowiem obawia się najbardziej ośmieszenia. To bardzo ostre narzędzie kontroli społecznej. W Polsce prowokacji dziennikarskiej nie reguluje żadne prawo. Tak naprawdę to prokuratorzy i sędziowie oceniają, czy doszło do złamania prawa. W wypadku sprawy Pawła Mitera i jego podszywania się pod pracownika Kancelarii Premiera odpowiedź na pytanie, czy służyło to dobru publicznemu, dla większości jest oczywista. Dodatkowym wątkiem, który wskazuje na to, że Miter kierował się dobrem publicznym, był fakt, iż upublicznił to nagranie. Sytuacja, w której zawodowi prawnicy spierają się, czy doszło do przestępstwa czy nie – powinna skutkować zawsze działaniem na rzecz uniewinnienia oskarżonego.

Sprawa Mitera, jeżeli się uprawomocni, będzie faktyczną delegalizacją prowokacji dziennikarskiej jako metody społecznej kontroli władzy. Każda prowokacja dziennikarska, która wymaga podania się za funkcjonariusza państwowego, będzie z gruntu rzeczy nielegalna. Parę lat temu usłużność urzędników samorządowych ośmieszył brukowiec „Fakt”, organizując przyjazd dziennikarza podającego się za wiceministra. Nikt nie wpadł nawet na pomysł, aby próbować stawiać zarzuty dziennikarzowi tytułu należącego do wielkiego szwajcarsko-niemieckiego koncernu. W wypadku Mitera na tym, że został oskarżony, zaważyło to, że uderzył w sądowy establishment.

https://warszawskagazeta.pl/kraj/item/6054-pawel-miter-zostal-skazany-na-osiem-miesiecy-wiezienia-za-prowokacje-dziennikarska-ktora-obnazyla-patologie-wymiaru-sprawiedliwosci?fbclid=IwAR1mMwIt0vkgQqDUAcgeATV3ylugL8ICGFImwLhIk5lNDFR_vP3x_uPS9CM

Gdyby faktycznie chodziło o wolność słowa w obronie Pawła Mitera wypisano by stosy listów.

Nie byłoby portalu, który by przynajmniej raz w miesiącu nie zamieścił jakiegoś wstępniaka poświęconemu zamachowi na wolność słowa.

Ba, może nawet kilka słów krytyki wypowiedziałby luksemburski alkoholik?

Paweł Miter najwyraźniej jest jednak czymś gatunkowo gorszym niż nawet najbardziej sprzedajny żurnalista amerykańskiego koncernu.

Bo wolność mediów w dzisiejszym świecie nic nie znaczy. To slogan, służący obronie „słusznych” propagandzistów.

Media bowiem to tylko jeden z instrumentów służących kierowaniu społeczeństwem wg założeń eurokomunisty Gramsciego.

Na szczęście w Polsce żyją jeszcze ludzie, którzy wiedzą, że „prasa kłamie”.

Miejmy nadzieję, że zanim umrą, zdążą przekazać swoją wiedzę następnym.

29.11 2018