Siedzę i myślę, bo słucham lub może słucham i myślę, gdyż muzyka pomaga mi w myśleniu, tak jak innym przeszkadza. Nie mam dobrego słuchu, a jednak jestem bardzo dobry w słuchaniu. Można powiedzieć, że jestem wirtuozem słuchania.

Unosząc się na fali dźwięków, zacząłem się zastanawiać, w jaki sposób dostosować do naszego tutejszego myślenia zmieniający się świat. Bo to chyba tak powinno być albo może odwrotnie, że nasze myślenie powinniśmy dostosować do zmieniającego się świata. To jest jednak trudniejsze.

Aby dostosować myślenie do świata, musimy zgadzać się na to, że świat się zmienia. Natomiast świat możemy dostosować do naszego myślenia w ten sposób, że się nie zgadzamy na zmiany. Po prostu możemy ich nie uznać – jakby ich nie było. A bez naszej zgody świat się nie zmieni.

Na przykład Amerykanie chcą wycofać swoje wojska z Europy, gdyż zakończyła się „zimna wojna”. Związek Radziecki upadł. Wojna na Ukrainie tego nie zakwestionowała, a raczej potwierdziła, że Federacja Rosyjska to nie jest Związek Radziecki.

No i co? I my się nie zgadzamy. Tak bardzo się nie zgadzamy, jak japońscy żołnierze, którzy nie uznali zakończenia II wojny światowej. Niektórzy z nich bronili swoich pozycji w dżungli jeszcze wiele lat po wojnie.

A my nadal prowadzimy „zimną wojnę”. Dlatego nie przyjmujemy do wiadomości, że amerykańskie wojska mogą się wycofać z naszego regionu. Walczymy o ich obecność jak o naszą wolność. Bo te dwie rzeczy w jakiś przedziwny sposób nam się utożsamiły – garnizony amerykańskie z niepodległością. Jeżeli więc tu pozostaną – to będzie nasze wielkie zwycięstwo na miarę naszych możliwości.

Jeżeli natomiast wojsk amerykańskich nie będzie – my po prostu tego nie uznamy. Zdyskwalifikujemy decyzję amerykańską naszą negatywną oceną. Zapewne dodamy do tego jeszcze awanturę polityczną: który z naszych polityków jest bardziej winny, że Amerykanie popełnili taki błąd.

W innej wersji myślenia musielibyśmy uznać, że Federacja Rosyjska to nie jest ZSRR. Doprowadziłoby to nas do tych samych wniosków, do których doszedł Trump – że obecność wojsk amerykańskich w Europie jest zbędnym kosztem.

Nie dlatego, że Rosja przestała być zagrożeniem, ale dlatego, że w nowej rzeczywistości Europa jest w stanie bronić się sama. Nawet sama Polska ma pewien potencjał do odstraszania Rosji.

To nic, bo my się na to nie zgodzimy, gdyż wtedy musielibyśmy zacząć myśleć w kategorii suwerenności. Nie moglibyśmy utożsamiać naszego bezpieczeństwa z obecnością wojsk amerykańskich. Kojarzy mi się to z greckim teatrem, gdzie maski zastępowały emocje. Maska radości zastępowała radość. Maską naszego bezpieczeństwa są wojska amerykańskie.

Bez tej maski musielibyśmy sami przejąć odpowiedzialność za nasze bezpieczeństwo. Musielibyśmy też zbudować własną siłę odstraszania, bez oglądania się na zagraniczne wsparcie. Sojusznicy mogą oczywiście dodatkowo wzmacniać naszą pozycję, ale nie mogą stanowić jedynej gwarancji naszej suwerenności.

Do takiego myślenia przeszkodą nie są uwarunkowania zewnętrzne, ale wewnętrzne. Nasze elity są tak bardzo przyzwyczajone do niesamodzielności, że nie można od nich wymagać odpowiedzialności. Dlatego zachowują się jak rozwydrzony nastolatek, który zaczepia silniejszych, aby następnie schować się za plecami starszego brata.

Trzymanie się amerykańskiej sukienki nie wynika z potrzeby, ale z tego, że nie wyobrażamy sobie innego świata. Od XVIII wieku stały u nas jakieś obce garnizony. My byliśmy tylko za lub przeciw nim. Wypracowanie suwerennej strategii bezpieczeństwa wymagałoby więc od nas olbrzymiego wysiłku intelektualnego. Należałoby całkowicie przewartościować nasz sposób myślenia o bezpieczeństwie. Dużo łatwiej jest budować poczucie bezpieczeństwa poprzez zabieganie o obecność wojsk amerykańskich.