Spróbuję wyjaśnić sposób myślenia pani Rzecznik Praw Dziecka Moniki Horny-Cieślak na podstawie własnych doświadczeń zawodowych z pracy w ministerstwie. Czuję się do tego upoważniony przez fakt, że sama pani rzecznik w rozmowie w Polsat News uzasadniała swoje postępowanie wobec rodziny z Białołęki, której odebrano dzieci w wyniku jej interwencji, odwołując się do sprawy Kamilka z Częstochowy. Jeżeli więc można stosować takie analogie, no to można. 

Otóż do ministerstwa przychodzą skargi. Niektóre z pominięciem właściwych adresatów, czyli dyrektorów szkół oraz kuratorów, i są one odsyłane, ale też czytane. Inne trafiają do ministerstwa jako właściwego organu, gdyż są to skargi na organy podległe. Oczywiście nikt nie skarży się na kuratorów oświaty jako na kuratorów oświaty, ale na sposób rozstrzygnięcia przez nich skarg na szkoły. Wprawdzie zgodnie z prawem postępowanie skargowe jest jednoinstancyjne i nie przysługuje od niego odwołanie, ale jak to u nas, każde prawo ma swoje obejście. 

Wystarczy złożyć skargę na nieprawidłowe rozpatrzenie skargi, aby była ona dalej rozpatrywana, tym razem jako skarga na tego, kto ją rozpatrywał. I w ten sposób skargi na szkoły trafiają do ministerstwa jako skargi na kuratora. I tak można ciągnąć w nieskończoność, gdyż można dalej skarżyć do premiera na ministra. 

Nie kwestionuję prawa do składania skarg do właściwego organu, ale ciągnięcie sprawy w postaci „skargi na skargę” jest sposobem wymuszania korzystnych rozstrzygnięć poprzez zastraszanie. Lepiej rozstrzygnąć skargę zgodnie z oczekiwaniami skarżącego, gdyż wtedy nie będzie skarżył dalej. 

No i są jeszcze skargi anonimowe. Oczywiście ich się nie rozpatruje, gdyż to są anonimy, ale je się rozpatruje, gdyż przyjęto założenie, że pozyskanie informacji o możliwej nieprawidłowości wymaga wyjaśnienia, nawet jeżeli informacja była anonimowa. Taka tam nadinterpretacja prawniczo-biurokratyczna. 

No więc ministerstwo zalewane jest skargami. Niektórzy mogą to nawet uznać za przejaw troski państwa o obywateli, ale naprawdę jest to patologia systemowa. Nie tylko dlatego, że nasze państwo jest blokowane przez rosnący zalew skarg drobnych, absurdalnych, idiotycznych, groźnych i patologicznych. Ale przede wszystkim dlatego, że władze zaczynają postrzegać naszą rzeczywistość poprzez skargi. A przecież jest to obraz zniekształcony. 

Nawet jeżeli skargi są uzasadnione, to nie odzwierciedlają całej rzeczywistości. Natomiast znaczna ich część jest bezzasadna, tendencyjna i jednostronna. W dużym natężeniu, przy braku zdrowego rozsądku oraz doświadczenia życiowego, mogą wywołać stany lękowe wynikające z postrzegania świata poprzez skargi. 

Może to prowadzić do paranoi systemowej, polegającej na zwalczaniu nieistniejących zagrożeń niczym w walce Don Kichota z wiatrakami. Incydentalne zachowania pozbawione większego znaczenia interpretuje się przez analogię do zdarzeń znanych ze skarg jako stan najwyższego zagrożenia. 

Ten właśnie sposób myślenia zaprezentowała pani rzecznik, porównując szarpnięcie dziecka przez matkę na Białołęce do zamordowania Kamilka przez ojczyma w Częstochowie. W momencie, gdy rodzic krzyknie na dziecko, pani rzecznik widzi już połamane kości i wybite zęby. Bo jeżeli rodzic krzyknął na dziecko na ulicy, to jest dla niej oczywiste, że w domu je katuje i ona musi je ratować. Przecież doskonale zna takie sytuacje. 

Gorsze jest to, że wykorzystując skrajną centralizację naszego państwa, organy centralne nie tylko zwalczają wyimaginowane zagrożenia w sprawach indywidualnych, ale na ich podstawie wydają coraz bardziej restrykcyjne przepisy prawne obowiązujące wszystkich. Z tego w dużym stopniu wynika absurdalne przeregulowanie edukacji dla „dobra uczniów”. Jakby nauczyciele byli bandą psychopatów, którzy tylko czyhają, aby zrobić krzywdę uczniom. Zapewne pani rzecznik tak samo wyobraża sobie rodzinę. 

Dlatego pracownicy urzędów państwowych zalewanych skargami powinni być systematycznie badani pod kątem zdolności odróżniania rzeczywistości od fikcji. Wcale nie jest to takie łatwe. Gdy urzędnik zaczyna wierzyć, że wszystko, co napisano w skardze, jest prawdą, należy uznać to za defekt intelektualny i przyznać mu rentę dożywotnią. Paranoję należy bowiem uznać za chorobę zawodową urzędów rozpatrujących skargi.