Zgodnie z obietnicą trochę moich historii. Dziś pierwsza z nich. Był 1990 rok. Wakacje. Wcześniej wpadło mi w ręce kilka książek, które rozpaliły moją wyobraźnię. Góry Sowie. Niemieckie skarby. Tajemnicze podziemia.
Postanowiłem zaznajomić się z tematem na miejscu. Chciałem zacząć od doliny rzeki Bystrzycy i dojść do Srebrnej Góry. Nie zamierzałem jednak trzymać się oznakowanych szlaków. Chciałem iść na azymut.Zaopatrzony w najnowszy krzyk mody turystycznej, jakim był plecak z wewnętrznym stelażem marki Annapurna, obładowany jak wielbłąd, dotarłem na mejsce.
Po trzech godzinach drogi trafiłem na drzewa, które miały wrośnięte w swoje pnie metalowe obręcze. Wiedziałem, że Niemcy sadzili drzewa w beczkach, maskując w ten sposób wysadzone sztolnie. Wspiąłem się prawie na sam szczyt. Jaka była moja radość, kiedy znalazłem mały otwór. Entuzjazm nie trwał jednak długo. Światło latarki oświetliło tylko kilkanaście metrów w dół. Dalej zaczynała się czarna pustka. Nie było widać dna.
Stałem nad nią i przez moment miałem wrażenie, że z głębi dochodzi chłodne powietrze. Był to prawdopodobnie jakiś szyb wentylacyjny. Ruszyłem dalej. Nie było najmniejszej szansy aby tam wejść.
Pierwszą noc spędziłem w lesie. Zrobiłem sobie legowisko w starym paśniku dla zwierząt. Kiedy zapadł zmrok, las zmienił się nie do poznania.. Rankiem ruszyłem dalej. Tym razem miałem więcej szczęścia.
Niewielki otwór znajdował się w gęstych krzakach na zboczu góry. Obok leżało jakieś żelastwo . Ostrożnie, prawie na czworakach, wszedłem do środka. Był to jakiś tunel. Po kilkunastu metrach niestety był zawalony. Zatrzymałem się przed rumowiskiem. Wędrując dalej, co rusz napotykałem ślady budowy.
Jakieś fundamenty. Dziwne dziury. Pozostałości po czymś, czego nie potrafiłem nazwać. Słońce chyliło się ku zachodowi, kiedy w lesie spotkałem człowieka. Pojawił się nagle między drzewami. Po krótkiej wymianie zdań zaprosił mnie do siebie i zaproponował nocleg w szopce na siano.
Była to zdecydowanie lepsza alternatywa, gdyż zanosiło się na deszcz. Okazało się, że rozmawiam z emerytowanym leśniczym, który zaraz po wojnie przybył na te tereny. Po dotarciu na miejsce zostałem zaproszony na kolację. I tu zaczęła się opowieść, która trwała do późnych godzin nocnych.
Pan Walenty pochodził z Kresów. Miejscowości już nie pamiętam. Przybył w te strony jednym z pierwszych transportów repatriacyjnych.
Przez chwilę milczał, jakby zastanawiał się, od czego zacząć. Kiedy dostałem przydział na leśniczówkę i swój rewir, w górach pełno było worków z cementem i żelastwa. Co kawałek stały drewniane baraki. Za oknem wiatr poruszał gałęziami, i padał deszca ja pomyślałem o wszystkich ciemnych otworach, które widziałem tego dnia. Nie było tu spokoju. Słychać było nocami strzały. Trzeba było mieć się na baczności. Działał tu Werwolf. Na noc ryglowałem drzwi i zamykałem okiennice. Spaliśmy na strychu ze strachu. Jakieś dwa kilometry stąd, idąc na swój pierwszy obchód, poczułem potworny fetor. Później ludzie mówili, że hitlerowcy w sztolniach pogrzebali żywcem tysiące osób. Bałem się wchodzić do jakiejkolwiek dziury. Zaraz po wojnie Sowieci wywozili wszystko. A skarby? zapytałem.
Gospodarz machnął ręką.
Może i są. Ale do dziś są tacy, co ich pilnują. Po wojnie było strach samemu po lasach chodzić. Wielu ludzi, którzy próbowali coś szukać, zniknęło bez śladu. Sam miałem dziwne zdarzenie. Było to chyba ze trzy albo cztery lata, jak się osiedliliśmy. Córka wracała do domu ze szkoły. W pewnym momencie jakiś człowiek podjechał na rowerze i pchnął ją tak mocno, że wpadła do potoku i złamała rękę. Do szpitala było ponad trzydzieści kilometrów. Sąsiad zawiózł nas wozem. Gdy wieczorem wróciliśmy do domu, nie poznałem chałupy. Wszystko było zniszczone. Zastawa potłuczona . Ale to, czego szukali, było w stole.
Okazało się, że nogi były wkręcane na drewniane gwinty i pod spodem była skrytka. Co było tam schowane? Nie wiem. Przed wojną też mieszkał tu niemiecki gajowy. Kosztowności? Mapy Dokumenty?
Przez miesiąc nocowaliśmy u brata we wsi. Bałem się, że ktoś może wrócić i nas wyrżnąć. Co do skarbów, różne rzeczy gadali. Te sztolnie, które zostały, miały zostać tak uważam. Resztę wysadzono.
Tu ogrom ludzi zamordowali.
Mimo wszystko coś jednak tu musi być, skoro ktoś tego pilnuje. Może i do dziś.
A może i jest. Kto to wie. Walenty popatrzył na mnie. Tym razem nie odpowiedział od razu. Jego wzrok zatrzymał się gdzieś za moimi plecami, na ciemnym oknie. Lepiej samemu nie drążyć. Biedy można sobie tylko napytać. Znalazłem raz w lesie metalowy właz.
Gęsto zarośnięty krzakami.
Ledwo podniosłem pokrywę. Ukazał się pionowy tunel w dół, w formie komina, i metalowe pręty wmurowane w kształcie litery U. Miałem strach, ale ciekawość zwyciężyła. Zacząłem schodzić w dół. Po jakichś pięciu metrach uświadomiłem sobie, że ta czeluść nie ma końca.
Nie widziałem dna. Postanowiłem wrócić tam z latarką. Obowiązki zawodowe spowodowały, że pojawiłem się tam dopiero za kilka dni.
W miejscu, w którym był właz, było osuwisko. Ktoś musiał spowodować zwał. Przypadek? Nie sądzę. Od tego czasu unikałem jak ognia wszelakich sztolni i dziwnych miejsc. Kilka razy miałem wrażenie, że ktoś mnie śledzi. Nie widziałem nikogo, ale kiedy się odwracałem, las wyglądał tak, jakby przed chwilą ktoś zniknął między drzewami.
A kilkukrotnie widziałem, jak w górach nocą zapalały się i gasły kolorowe światła.
Tak, jakby ktoś komuś dawał sygnały. Dawno to było? zapytałem. Właśnie że nie odpowiedział leśniczy. Może z dziesięć lat temu.
Rankiem pożegnałem się z gospodarzami. Kiedy odchodziłem, obejrzałem się jeszcze na leśniczówkę. W oknie nie było nikogo, a jednak przez moment miałem wrażenie, że ktoś patrzy na mnie z ciemnego wnętrza. I co najdziwniejsze zamiast mnie zniechęcić, jeszcze bardziej zainteresował mnie ten temat. Wieczorem dotarłem do Srebrnej Góry Ale to już temat na kolejną opowieść…
Autor: Jędruś Ciupaga
Zostaw komentarz