Od pewnego czasu w przestrzeni internetowej coraz częściej pojawiają się próby przedstawiania Armii Krajowej jako organizacji, którą można postawić na jednej płaszczyźnie z formacjami odpowiedzialnymi za planowe ludobójstwo. Jest to nie tylko intelektualnie nieuczciwe, ale także głęboko krzywdzące wobec ludzi, którzy walczyli o niepodległość Polski i w ogromnej większości przestrzegali zasad wojny mimo niewyobrażalnych okoliczności.

Nikt rozsądny nie twierdzi, że po stronie polskiej nie dochodziło do zbrodni. Dochodziło. Każda śmierć niewinnego człowieka jest tragedią i nie wymaga usprawiedliwiania. Jeżeli podczas akcji odwetowych ginęła ludność cywilna, był to fakt tragiczny i zasługujący na potępienie.

Ale czym innym są zbrodnie odwetowe, a czym innym zaplanowane ludobójstwo.

Na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej doszło do systematycznej, zaplanowanej akcji eksterminacji polskiej ludności cywilnej prowadzonej przez Organizację Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińską Powstańczą Armię. Jej celem było trwałe usunięcie Polaków z tych ziem poprzez terror i masowe mordy. Historycy szacują, że ofiar było od kilkudziesięciu do ponad stu tysięcy, a zniszczeniu uległy setki, a według części opracowań ponad tysiąc polskich miejscowości. Była to zbrodnia planowana, ideologicznie uzasadniana i realizowana na ogromną skalę.

Polskie akcje odwetowe miały zupełnie inny charakter. Były odpowiedzią na trwające już masowe mordy. Można dyskutować o ich moralnej ocenie, o odpowiedzialności konkretnych dowódców, o błędach i tragediach, ale nie można uczciwie twierdzić, że stanowiły odpowiednik programu eksterminacji całego narodu.

Niektórzy próbują dziś stosować prostą matematykę: skoro po obu stronach ginęli cywile, to odpowiedzialność jest taka sama. To fałszywa logika.

Tak samo nie można postawić znaku równości między bombardowaniem Wielunia, Warszawy, Rotterdamu czy Londynu przez III Rzeszę, które były elementem wojny napastniczej i terroru wobec ludności cywilnej, a alianckimi bombardowaniami miast niemieckich, które – niezależnie od kontrowersji moralnych i ogromu cierpień ludności cywilnej – były prowadzone w ramach walki z państwem odpowiedzialnym za rozpętanie wojny. Podobnie nie można bezrefleksyjnie utożsamiać planowej eksterminacji Polaków z działaniami odwetowymi podejmowanymi przez oddziały polskiego podziemia.

Warto też pamiętać o kontekście. Dowódcy Armii Krajowej stawali przed dramatycznymi wyborami. Z jednej strony obowiązywały ich normy moralne i dyscyplina wojskowa, z drugiej – każdego dnia napływały informacje o kolejnych spalonych wsiach i zamordowanych rodzinach. W takich warunkach pojawiały się decyzje o akcjach odwetowych, mających – w zamyśle ich autorów – odstraszyć sprawców lub ograniczyć dalszą falę mordów. Historycy nadal dyskutują nad skutecznością takich działań oraz nad zakresem odpowiedzialności poszczególnych dowódców. To jednak nie zmienia zasadniczego faktu: nie były one elementem programu wyniszczenia narodu ukraińskiego.

Obrona dobrego imienia Armii Krajowej nie polega na przemilczaniu ciemnych kart historii. Polega na odrzuceniu fałszywych analogii i manipulacji. Państwo, które szanuje własną historię, nie wybiela swoich bohaterów, ale też nie pozwala, by przedstawiano ich jako odpowiednik sprawców ludobójstwa.

Historia wymaga uczciwości. Uczciwość zaś nakazuje odróżnić zbrodnię odwetową od zaplanowanego ludobójstwa. Kto zaciera tę różnicę, nie broni prawdy – fałszuje ją.