Dzisiaj nad ranem olśniło mnie, że cale to umieranie po osiemdziesiątce to nic innego jak nocebo. Człowiek naczyta się nekrologów, czy naogląda się ckliwych filmów, w których z tego świata odchodzą dobrzy ludzie, a źli żyją nadal … i sam szykuje się do zgonu. Jak zapewne państwo wiecie — efekt nocebo jest odwrotnością placebo, nastawieniem psychicznym, mającym źródło w wyobraźni, nieuzasadnionym klinicznie. Przeważnie winni temu są sami lekarze, którzy z powodów merkantylnych szafują diagnozami, których leczenie wymaga stosowania droższych procedur, albo specjaliści od voodoo. Nakłuje taki igłami laleczkę przedstawiająca delikwenta… i już po nim, chudnie w oczach, aż do duszy nieśmiertelnej. Znany jest wśród medyków przypadek mężczyzny, u którego zdiagnozowano raka wątroby. Dano mu nie więcej niż miesiąc życia. Pacjent rzeczywiście zmarł w określonym czasie. Sekcja zwłok wykazała jednak, że mężczyzna był zdrowy jak rydz. Dla pełniejszej ilustracji owego olśnienia załączam fotografie przedstawiające mnie takiego, jakim w rzeczywistości jestem w środku siebie.