Śmierć Andrzeja Morozowskiego przywołała wspomnienia sprzed trzydziestu lat, kiedy jako młoda dziewczyna zaczynałam pracę.

Wtedy dziennikarze byli naprawdę blisko polityki. Wchodzili do Sejmu, przesiadywali z politykami w knajpach, spierali się z nimi o ustawy, zadawali trudne i czasem bezczelne pytania. Politycy potrafili się na nich wściekać, ale następnego dnia znów z nimi rozmawiali.
Były różnice poglądów. Była lewica, prawica, liberałowie, konserwatyści. Były ostre spory.
Ale nie było jeszcze tej przemysłowej produkcji nienawiści, którą mamy dzisiaj.

I tu dochodzimy do sedna.
Przez trzydzieści lat zbudowaliśmy państwo, w którym partie polityczne zmieniają się przy władzy, nazwiska się zmieniają, a mechanizm pozostaje zadziwiająco podobny.

Zmieniają się szyldy, ale niekoniecznie system.

To jest właśnie ten system postkomunistyczno-magdalenkowy, o którym od lat mówi się w Polsce – system, w którym elity polityczne, medialne i biznesowe przez kolejne dekady wymieniają się miejscami, ale zwykły obywatel bardzo często pozostaje jedynie widzem tego spektaklu.

A media?
Zamiast być bezpiecznikiem demokracji coraz częściej stają się częścią politycznego frontu.
Nie chodzi już tylko o to, żeby zadać politykowi trudne pytanie.
Chodzi o to, żeby go przyłapać, skompromitować, przypisać mu intencje, zbudować narrację i sprzedać ją swojej publiczności.

Polityka przestała być przede wszystkim sporem o państwo.
Stała się wojną plemion.
A dziennikarz zadający pytanie coraz częściej nie chce usłyszeć odpowiedzi. Chce potwierdzenia tezy, którą już wcześniej postawił.

I dlatego wspomnienia o tamtym świecie są tak mocne.

Bo można było się wtedy naprawdę różnić.
Można było być po dwóch stronach politycznej barykady i nadal usiąść przy jednym stole. Można było ostro zaatakować czyjąś decyzję, a jednocześnie szanować człowieka, który ją podjął.

Dzisiaj coraz częściej przeciwnik polityczny nie jest już przeciwnikiem. Jest wrogiem.
A jeśli jest wrogiem, to wszystko staje się dozwolone.
Ośmieszenie. Manipulacja. Insynuacja. Hejt. Wycinanie z kontekstu. Etykietowanie.

I właśnie dlatego warto pamiętać o tamtych dziennikarzach.
Nie dlatego, że byli bezbłędni. Nie byli.
Ale dlatego, że potrafili być stronniczy w poglądach, a jednocześnie niezależni w relacji z człowiekiem.

Może więc problemem nie jest to, że mamy dzisiaj za dużo polityki.
Problem w tym, że mamy coraz mniej polityki rozumianej jako spór ludzi, którzy chcą przekonać innych do swoich racji, a coraz więcej wojny o to, kto ma prawo nazywać się „tym dobrym”.
I chyba właśnie to jest najbardziej gorzkim bilansem tych trzydziestu lat.

Mieliśmy zbudować demokrację, w której różnice są czymś normalnym. Zbudowaliśmy system, w którym różnica coraz częściej jest powodem do nienawiści.

Autor: Joanna Maria Mazurkiewicz
Pracownik administracji państwowej i samorządowej z 30 letnim stażem (w tym 23 letnim stażem pracy w Kancelarii Sejmu RP), byłam członkiem KPN i dyrektorem biura Klubu Parlamentarnego, prywatnie żona zmarłego w 2008 r. senatora RP dr Andrzeja Tadeusza Mazurkiewicza i matka 3 synów.