Podobno lewica chce, żeby katolicy modlili się tylko w świątyniach, bo tam (też podobno) jest wyłączne miejsce dla modlitw. Na ulicach po cichu można się modlić, ale nie przed kliniką położniczą, w której dokonuje się aborcji. Ale tak wyspecjalizowanych klinik chyba w Polsce jeszcze nie ma.

A modlitwa przed szpitalem położniczym nie jest chyba bardzo zdrożna, jeśli leży tam córka, żona, siostra, która ma komplikacje ciążowe, ciężki poród lub połóg. No, ale co ja tam wiem. Lewica lepiej wie, gdzie powinnam się modlić i czy po cichu, czy nawet (jeśli w świątyni) to i głośno.

I w związku z tym przypomniało mi się pewne bardzo juz odległe zdarzenie. Wspominam je jako zabawny, ale przez samo niebo wyreżyserowany przypadek.

Pracowałam w „Twoim dziecku” i zostałam zaproszona na konferencje w sprawie aborcji – jej dopuszczalnosci ustawowej. Była ze mna Janeczka Michalska, tzw „Ósemka”. My dwie miałysmy reprezentować postawe anty-aborcyjną, choc żadna z nas nie była „jastrzebiem” antyaborcyjnym, a jedynie optowałysmy za tym, aby nie przerywano ciazy z najbardziej błahych przyczyn lub bez powodu. Nasze glosy zostały przyjete z lodowatym sceptycyzmem, choc – jak wspomniałam – żadna z nas nie mówiła „glosem nienawisci”.

Ja – bo reprezentowałam stanowisko czasopisma chroniącego dobro dziecka, a Janeczka dlatego, bo z natury była tolerancyjna, łagodna, znała zycie i jego najrozmaitsze odcienie i zawirowania. Ale w momencie, kiedy na nasze dwie glowy splywała fala jadowitosci zwolenniczek aborcji „na zyczenie”, otworzyły sie drzwi i weszła mloda Chinka z może dwuletnim chlopczykiem i maleństwem okutanym w kocyki. Opowiedziała swoją historie. Miała synka. W Ludowych Chinach bylo to jak najbardziej dozwolone i aprobowane. Tyle, ze jak miało sie synka, to drugie dziecko musialo byc przymusowo poddane aborcji, ponieważ Chiny były przeludnione i nie potrzebowaly dzieci. Tylko, jesli kobieta urodziła dziewczynke, udzielano zezwolenia na donoszenie drugiej ciazy, bo a nuz tym razem urodzi chlopca. Który byl bardziej dozwolony niz dziewuszki.

Chinka bardzo chciała miec drugie dziecko, bez wzgledu na jego płec. Była w poczatkowym okresie drugiej ciąży i nie ujawniajac tego faktu jakims cudem otrzymała paszport i bardzo okręzna droga, niemal jak Filleas Fogg, zdolała przyleciec do Polski. Tu uzyskała pomoc. Ktos sie nia zaopiekował, doczekała rozwiazania i urodziła dziewczynke. Malutka Chinka podczas zebrania spała smacznie, ale w pewnym momencie zaczęła marudzić i mama musiała rozpiąc bluzke i dziecko nakarmic. Malutka była ogromnie smieszna, bo ssała glosno i ze smakiem przełykała kazdy haust maminego mleka.

Na sali zrobilo sie dziwnie cicho. Kobiety patrzyły na matke i dziecko. Niektore nie mogly ukryc rozsmieszenia, ale i rozczulenia. Bo to piekny i mily widok taka przytulona głowinka do maminej piersi, maleńka łapka tą pierś obejmujaca i to smakowite mlaskanie i rozkoszne wzdychanie.

Przewodniczaca postanowila przerwać bardzo niezreczna na tym akurat zebraniu cisze i wezwała do zabrania glosu kolejną feministke. I wtedy ten malutki Chińczyk, sliczny, usmiechniety i ufny podszedł do przemawiajacej pani, stanął przed nia i wpatrywał sie w jej usta. Jakby probujac pojąc o czym mówi.

Co sie wtedy stalo?

Przemawiajaca załamała się. „Zabierzcie stad to dziecko!” zawołała. I znowu zrobilo sie bardzo niezrecznie. I cicho.

Janeczka Józef Michalskia podniosła się , wzięła malca za raczke , wróciła na miejsce i posadziła chlopczyka na kolanach. Zasmiał sie do niej tak perliscie, ze juz w żaden sposób nie dalo sie dokończyc zebrania. Jakos próbowano je podsumować. Ale przy mlaskaniu małej dziewuszki i smiechu tego chlopaczka nic sie juz nie udawalo. Malec i jego siostrzyczka rozbroili feministki jak bombe z zaplonem czasowym.

Autor: Jolanta Makowska
Absolwentka socjologii UW, doktorantka Instytutu Pedagogiki, dziennikarka i publicystka m.in. Twojego Dziecka, „Przegladu Katolickiego”, „Przegladu Tygodniowego”, „Listu do pani”, redaktorka „Wiadomości o Senacie”, autorka książek dla dzieci, ksiażek wspomnieniowych, varsawianów oraz wielu powieści obyczajowych.