Napiszę na ten temat więcej niebawem, lecz na tę chwilę krótko w reakcji na komentarze użytkowników.
Istnieje wśród prawicowców spora pokusa, żeby ataki lewicy liberalnej na „faszystowskie” państwo (vide film Agnieszki Holland) interpretować w prostych ramach: a to „nienawiści do własnego narodu”, a to „szkodzenia mu z inspiracji wrażych sił”.
Te mniej lub bardziej spiskowe koncepcje są moim zdaniem słabe. Oczywiście, nie wykluczam, że jakieś pojedyncze osoby faktycznie są opętane antypolonizmem lub są obcą agenturą, ale nie sądzę, że można tak wyjaśnić obserwowaną powszechność „ojkofobicznego” syndromu, nieograniczoną bynajmniej tylko do Polski (o „faszyzm” oskarżani są przecież właściwie wszyscy domagający się ograniczeń migracyjnych – tak samo w Polsce, jak np. w Wielkiej Brytanii czy we Włoszech).
Uważam zatem, że owa „ojkofobia” jest jedynie symptomem procesu, którego podstawy są głębsze i wcale nie aż tak proste do wytłumaczenia, żeby dało się to zrobić w dwóch zdaniach.
Zarazem – jestem przekonany, większość ludzi opowiadających się za postawami takimi, jak u wspomnianej Agnieszki Holland – robi to, ponieważ są przekonani, że w ten sposób stają po stronie dobra.
Jednym słowem – imperatyw „troski o każdego człowieka” i przekonanie o „powszechnej równości wszystkich ludzi” przemawia do nich silniej niż racja stanu, wymóg ochrony granic czy w ogóle jakiekolwiek inne względy praktyczne, czy partykularne. A skoro tak, skoro w ten sposób oni sami czują, że są po stronie dobra, to siłą rzeczy wszyscy, którzy widzą sprawy inaczej są po stronie zła – są „złymi ludźmi”: faszystami, rasistami, ksenofobami itd.
Twierdzę, że sami sobie takie społeczeństwo wychowaliśmy! Cała kultura Zachodu od czasów Rewolucji Francuskiej sprowadza się do powolnego, lecz konsekwentnego upowszechnia się tak rozumianej moralności. Po II Wojnie Światowej proces ten przyspieszył i obecnie obserwujemy tego konsekwencje. Całe pokolenia zostały wychowane w tym duchu i one po prostu tak widzą świat i nie chcą go zobaczyć inaczej!
To ta perspektywa wyraża właściwy moralny fundament tego, co zwykło nazywać się „ustrojem liberalno-demokratycznym”. Wcześniej nie było tego tak dobrze widać, dlatego dopiero teraz, kiedy tak mocno się upowszechniła i stała się dominująca, możemy zobaczyć w całej jaskrawości wbudowany w nią manicheizm, ekspansywność oraz totalność tego projektu.
Przy całej swojej dobroduszności, liberalna demokracja każe płacić sobie ogromną cenę za realizację postulatu nieograniczonej, uniwersalnej równości i imperatyw powszechnej troski. Tą ceną jest zniesienie polityczności. Do tego sprowadza się bowiem suflowane domniemanie, że państwo powinno być „neutralne” i realizować jedynie to, co wynika z „praw podstawowych”. Taka neutralność może bowiem być zrealizowana jedynie w formule roju. W roju panuje uniwersalna, niekwestionowana równość – wszystkie osobniki działają w zgodzie z „jedynym możliwym systemem”, którego centrum jest „królowa” – której jedyną rolą jest podtrzymanie ciągłości roju. W roju nikt się nie buntuje i nie ma w roju konfliktów, bo na czymże miałby one polegać? Wszystko jest jasne, każda rola precyzyjnie opisana.
W ludzkim roju, do którego zmierza liberalna demokracja będzie podobnie, z drobną różnicą. Każdy jest tu przekonany o własnej wyjątkowości, indywidualnej nieprzeciętności i niepowtarzalności, ale zarazem – ani w pojedynkę ani w grupie nic co robi nie ma i nie może mieć żadnego znaczenia! Cała ta niepowtarzalność i wyjątkowość może materializować się wyłącznie w pojedynczych gestach i ulotnych chwilach, lecz nie może być POLITYCZNA, gdyż to prowadzi do konfliktów i trwałych nierówności. W idealnej demokracji sprawy publiczne będzie zatem prowadził w imieniu całej ludzkości „rząd światowy” – kierując się wyłącznie abstrakcyjnie rozumianymi „racjami uniwersalnymi” – czyli w najlepszy możliwy sposób. Jeśli ktoś zechce się wyłamać, to będzie to świadczyć bardziej o jego chorobie i konieczności jej leczenia niż o tym, co istotne politycznie…
Niemoderowana demokracja liberalna prowadzi nas w stronę systemu, o którym rzadko się dyskutuje. Aldus Huxley podjął próbę w „Nowym wspaniałym świecie” i na tym się właściwie skończyło. Znam za to ludzi, wykształconych filozofów, którzy otwarcie twierdzą, że opisana przez Huxleya wizja bardzo im się podoba, że ustrój „Nowego wspaniałego świata” jest – ich zdaniem – najlepszy z możliwych. Tak powinien – twierdzą – wyglądać właściwy „koniec historii” i dobrze, jeśli właśnie w tę stronę świat zmierza – czegóż chcieć więcej? – Pytają.
Mnie jednak taki kres historii przeraża, wzdrygam się przed nim i lękam śmiertelnie. Wiersz idioty odbijany bez końca na powielaczu…
Czy naprawdę jestem aż takim wyjątkiem? Jak wytłumaczyć, że tak wiele książek i filmów opowiada kolejną wersję „Roku 1984”, ostrzega nas przed strasznymi dyktatorami, szalonymi naukowcami, demonicznymi przemysłowcami a o niepokojącej wizji „końca historii” tylko jeden Huxley?
Zostaw komentarz