Podsumowanie.

Nie ukrywam, że nie było mi łatwo wykupić wycieczkę turystyczną dla masowego turysty. Nigdy się takim nie czułem, przeciwnie jeżdżąc po świecie, starałem się właśnie odmasowić, uciec tam, gdzie nie ma innych, gdzie słowo „kurwa mać” wypowiedziane bezwiednie przez moich rodaków przy byle okazji nie sprawi, że wciąż i tak będę się czuł jak u siebie. Od zawsze szukałem swoich szczelin patoturystycznych, żeby móc być sam na sam ze sobą w takim czy owym kontekście geograficznym na południe od Polski. Od ponad dekady nie poluję już na widoki zapierające dech w piersi, na wydarzenia kulturalne, ani na tzw. lokalne atrakcje. Nauczyłem się cieszyć z „okruszków” – z detali, których wielu nie zauważa, ze specyficznych sytuacji, z lokomotywy w Caransebes, którą dwa razy przetaczali w te i we wte, bo pewnie maszynista lub nastawczy byli pijani.

Kupiłem tę wycieczkę, żeby móc spędzić więcej czasu ze swoim synem. Bo on nie lubi tego mojego wałęsania się po Bałkanach Srebrnym Szerszeniem. Parę razy byliśmy to chyba wystarczy. MC Zender wybrał opcję hotelową, trudno, zagryzłem zęby, kupiłem. Czy było warto? Tak, zdecydowanie tak. Dzięki temu mieliśmy więcej czasu dla siebie, paradoksalnie w Turcji spędziłem z nim więcej czasu niż w Polsce, gdzie jestem w ciągłych rozjazdach. Czasem trzeba pojechać daleko, żeby być bliżej siebie.

Planując taką wycieczkę, nie chciałem jej przeładować tematycznie. To znaczy nie chciałem bić rekordów w zobaczeniu rzeczy, sytuacji i ludzi. Tu nie chodziło bowiem o zwiedzanie, ale o próbę rozumienia siebie. Nasze dzieci są w tym wieku dużo większą zagadką niż to miało miejsce 20-30 lat temu. Nie dość, że żyją w zupełnie innym świecie, to jeszcze wypracowali sobie odrębny system komunikacji. Minimum minimorum było dla mnie być przy nim i starać się zrozumieć na tyle na ile jest to możliwe dla prawie 50-latka. Nie wiem czy cokolwiek zrozumiałem, ale na pewno otarłem się o nie.

Wciąż nurtuje mnie myśl, czy powinno się wszczepiać swoim dzieciom własne pasje. Takie jak u mnie są Bałkany. I spanie po dworcach kolejowych. Najlepiej z rampami. Czasami przemycam tę myśl w rozmowie, ale za każdym razem i tak czuję, że jestem idiotą, jakimś zupełnym świrem i MC Zender tylko z miłości do mnie, lub zwykłej kurtuazji tego nie okazuje.

Wylatując dziś z Antalii i 9:15 lokalnego czasu wiedziałem, że za 90 minut przelecimy nad moją ukochaną Rumunią. Tymczasem moja ukochana ziemia rumuńska przykryła się gęstą białą pierzynką chmurkową. Ale nie schowasz się przede mną moja umiłowana, bo w kwietniu Srebrny Szerszeń po raz kolejny nad wczesnym ranem przekroczy granicę w okolicach Satu Mare.

Reasumując: nasze pragnienia i tęsknoty gromadzą się nieuchronnie w naszych głowach, a to na jakie tory je przekierujemy to już kwestia naszej wyobraźni i – co najważniejsze – zdolności motorniczych.