Trwa proces prezydenta Karola Nawrockiego z wydawcą Onetu w związku z publikacją dotyczącą jego pracy w sopockim Grand Hotelu przed dwudziestu laty. Artykuł ukazał się w maju 2025 roku, w samym środku kampanii prezydenckiej. Portal należący do niemieckiego koncernu włączył się w polską kampanię wyborczą, publikując materiał zawierający poważne oskarżenia wobec jednego z kandydatów na najwyższy urząd w państwie. Już sam moment publikacji rodzi pytania o odpowiedzialność i intencje redakcji.
Onet przedstawił zarzuty dotyczące rzekomego udziału Nawrockiego w sprowadzaniu prostytutek dla hotelowych gości. Prezydent zakwestionował te doniesienia i skierował sprawę do sądu. Nie zrobił tego w trakcie kampanii. Dlaczego? Można przypuszczać, że wytoczenie procesu w tamtym momencie mogłoby nie przynieść oczekiwanego skutku prawnego, a medialna burza zdążyłaby już wykonać swoje zadanie. Polityczne szkody można wyrządzić w jeden dzień, a na sądowe rozstrzygnięcie czeka się latami.
27 października 2026 roku zeznawała Natasza Geldon, jedna z osób, na których relacjach oparto publikację. I właśnie tutaj pojawia się zasadnicze pytanie: na ile wiarygodne są przedstawiane relacje i czy rzeczywiście wystarczają, by formułować tak poważne oskarżenia?
Jeżeli świadek opiera swoje informacje na relacji anonimowego informatora, jest świadkiem ze słuchu, to sama taka relacja nie stanowi dowodu potwierdzającego prawdziwość oskarżeń. Jeżeli dodatkowo w zeznaniach pojawiają się sprzeczności, niejasności i zmieniające się wersje wydarzeń, wiarygodność świadka wymaga szczególnie wnikliwej oceny. W tej sprawie nie wystarczą domysły, insynuacje ani powtarzanie cudzych słów. Potrzebne są dowody i fakty a nie insynuacje, a tych nie ma.
Tymczasem ilu ludzi wtedy już wydało wyrok? Ilu bez zastanowienia powtarzało słowa „alfons” czy „sutener”, traktując poważne oskarżenia, jak prawdę objaśnioną? Te określenia poszły w świat, a ich autorzy i powtarzający je internauci nie musieli przedstawiać żadnych dowodów. Wystarczyła medialna zmanipulowana publikacja.
To właśnie jest siła medialnej propagandy, a w mojej ocenie również zwykłego łajdactwa. Najpierw pojawia się sensacyjny materiał, później polityczna burza, a następnie tysiące ludzi powtarzają zasłyszane informacje, jakby sami byli świadkami opisywanych wydarzeń. Nikt nie czeka na rozstrzygnięcie sądu. Nikt nie chce sprawdzać, gdzie kończą się fakty, a zaczynają przypuszczenia, insynuacje i być może zwykłe kłamstwo.
Wystarczy, że Onet coś napisze, a część odbiorców już wie, kto jest winny!
Czy tak powinno wyglądać odpowiedzialne dziennikarstwo? Czy rolą mediów jest rzetelne informowanie opinii publicznej, czy podsycanie politycznych emocji w najważniejszym momencie kampanii wyborczej? Dziennikarz ma prawo zadawać trudne pytania i ujawniać niewygodne informacje. Ma jednak również obowiązek weryfikować źródła i odpowiadać za publikowane słowa. Nie można zastępować dowodów sugestią, a podejrzeń przedstawiać tak, jakby były udowodnionymi faktami.
A co z odbiorcami? Tutaj dochodzimy do jeszcze poważniejszego problemu. Wielu ludzi nie próbuje już samodzielnie myśleć. Nie analizuje, nie sprawdza, nie zadaje pytań. Powtarza to, co usłyszało we własnej bańce medialnej, i jest przekonanych, że w ten sposób zdobyło wiedzę.Jak stado baranów. Jeden rusza, reszta biegnie za nim. Nikt nie pyta, dokąd zmierzają ani kto wyznacza kierunek.
Największym sukcesem manipulatora jest człowiek, który bez żadnego przymusu powtarza cudze słowa, przekonany, że są jego własnymi myślami.
Dlatego w tej sprawie należy zachować jedną podstawową zasadę: najpierw dowody, później wnioski. Nie odwrotnie.A ludziom, którzy tak chętnie wydają wyroki na podstawie medialnych nagłówków, przydałaby się odrobina samodzielnego myślenia. Zanim kolejny raz ruszą za stadem, niech przynajmniej sprawdzą, czy przypadkiem nie są wykorzystywani do realizacji cudzych interesów. Bo najgorsi są kłamcy, intryganci, manipulatorzy, udający przyzwoitych ludzi. W tej sprawie dziwi mnie również milczenie Romana Giertycha, adwokata Tuska, który tak chętnie staje w obronie ludzi uwikłanych w różnego rodzaju polityczne i medialne afery. Tym razem jakoś nie widać jego zaangażowania. Czyżby zabrakło mu argumentów? A może już szykuje się do ewakuacji z Polski?
Zostaw komentarz